W Patagonii pada codziennie. Jeśli nie jest to mały deszczyk przy słońcu okraszający głowy, to na pewno spotka nas rzęsista ulewa. Mieliśmy okazję poznać te trudniejsze warunki.
Jakim cudem straciliśmy jeden dnia podróży? Gdyby nie rozmowa telefoniczna z przyjacielem, żylibyśmy w przeświadczeniu, że w Torres del Paine możemy spędzić trzy dni. Pomyłka kosztowałaby nas spóźnienie się na cholernie drogi rejs, nad których debatowaliśmy ostatnio pół dnia. To byłoby jednoznaczne z jechaniem na koniec świata do Ushuaia na marne i nie odbycie luksusowej wycieczki.
“Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu...” - Te słowa jako pierwsze pojawiły się w mojej głowie, gdy po długiej nocy spędzonej w autobusie, otworzyłam oko. Od dłuższego czasu jechaliśmy po pustynnej przestrzeni, niekończących się bezdrożach znanych z filmów amerykańskich o dzikim zachodzie.
Rozejrzałam się dookoła. Terminal autobusowy w Puerto Montt przypominał na pierwszy rzut oka Dworzec Zachodni w Warszawie. Wewnątrz surowego wystroju panował zaduch. Ale bynajmniej nie od gorąca, bo i do tego miasta wielkimi krokami zbliżała się zima. W powietrzu wyczuwalny był chłód. Ciarki po plecach przechodziły od rześkiego powietrza, ale i od wyczuwalnego niepokoju.
W Polsce, w trakcie naszych przygotowań do podróży, Krzysiek zlokalizował gdzieś na chilijskiej stronie internetowej ofertę kilkudniowych wypraw w siodle. Jego marzeniem była przygoda niczym z dzikiego zachodu, w kowbojskich kapeluszach, ostrogach zdobiących buty, w wytartych dżinsach, źdźbłem trawy w zębach i wiatrem we włosach podczas ujeżdżania niesfornego rumaka.
Przecierając zaspane oczy, schodziłam powoli po schodkach autobusu na rześkie poranne powietrze w Pucon. Z luku bagażowego wyciągnęliśmy największe plecaki i nim zawróciliśmy na małą poczekalnię terminalu, by zorientować się w ofertach noclegowych miasteczka, dopadła nas krępa, młoda i radosna Chilijka. Spokojnie, świadomie wypowiadane hiszpańskie zdania miały zachęcić nas do oferty noclegowej hostelu oddalonego o parę kroków od stacji autobusowej.
„Tak, bo wy to w czepku jesteście urodzeni. Co sobie zaplanujecie, postanowicie, to wychodzi i już. Wszystko z górki, nic pod górkę.” Słowa te niejednokrotnie padały z ust mojej bliskiej przyjaciółki. Wszystko to wypowiadała z uśmiechem na twarzy. Może i coś w tym było, chociaż osobiście wierzę, że działo się tak dlatego, że bardzo w to wierzyliśmy.
Wczorajsze „miękkie lądowanie” na obcym lądzie zakończyło się sukcesem i kontynuowało się po dzień kolejny. Suzanna idealnie wprowadzała nas w swój świat jak i zakątki nowego kraju.
„Że też nie potraficie usiedzieć na miejscu” – powiedziała kiedyś moja mama. Wspominałam teraz te słowa. Miała rację, bo ta nasza nadpobudliwość pchała nas właśnie w nieznane jak magnez. Mimo, że rozłąka bardzo mnie wzruszyła, myśli krążyły już gdzieś na innym kontynencie. Serce biło mocniej.