Zapowiadał się zdecydowanie adrenalinowy dzień. Po pysznym śniadaniu byliśmy lekko podirytowani nieustającą wilgocią tego miejsca. W nocy lało, o świcie lało i zaczynaliśmy się martwić o powodzenie naszej „ekspedycji”. Krzysiek do samego końca nie był przekonany, czy w ogóle kręci go tego typu atrakcja, ale widząc moją pewną minę i zdając sobie sprawę z tego, że zostanie w domu na cały dzień sam a potem może wrócę z takimi wrażeniami, że będzie żałował, postanowił początkowo wbrew sobie zaryzykować. Zapewniano nas na szczęście w agencji, że zawsze można po trzecim czy czwartym zjeździe linowym zrezygnować mimo pewnej utraty pieniędzy. To już było coś.
SCHEMAT WYPRAWY NA TYROLKĘ
Plan był prosty: zjazdy zaczynały się od najniższych partii wzniesienia, były najkrótsze by pokonać lęk i zadomowić się z pierwszymi odczuciami po nowym wydarzeniu. Canopy tour zakładało dziesięć zjazdów i szczyciło się w La Fortuna paroma unikatami: najwyższym, najdłuższym i najszybszym zjazdem linowym w całej Kostaryce. Najdłuższa lina pozwalała pokonać około kilometra długości a najszybsza pozwalała rozpędzić się do 70 km/godzinę. Sama myśl o tym powodowała, iż po ciele przechodził dreszcz, co potęgowało poziom adrenaliny we krwi.
Przestało padać. O dziesiątej odebrano nas jeepem spod agencji w kierunku bazy wypadowej do dżungli. Na miejscu okazało się, że będziemy w grupie jakiejś sporej rodziny amerykańskiej. Oni standardowo niczego się nie bali, na wszystko się cieszyli a największym wydarzeniem była ich ponad siedemdziesięcioletnia babcia, która również chciała spróbować swoich sił (lub raczej wytrzymałości serca…) na canopy tour. W bazie wypadowej spędziliśmy około godziny ucząc się ze strony teoretycznej o zjazdach. Niby prosta rzecz a już miałam stracha na podejmowanie prób hamowania. Jak się później okaże nie bezpodstawnego.
![]()
STRACH MA WIELKIE OCZY
Wsadzono nas z „przydziałem uprzężowym i kaskowym” do kolorowej przyczepy ciągniętej przez traktor i wesoło jechaliśmy z kostarykańskimi anglojęzycznymi przewodnikami poprzez gąszcze i knieje. Mimo że to ja namawiałam Krzyśka na tą atrakcję, teraz odczuwałam dyskomfort w brzuchu i gardle. Właściwie czułam się jak przed jakimś istotnym egzaminem: bolał mnie brzuch, odczuwałam przyśpieszone bicie serca, było mi niedobrze. Trochę było nam gorąco, jako że byliśmy wystrojeni w nasze goreteksy. Padało non-stop to uznaliśmy, że to będzie najlepszy wybór. Po chwili pięliśmy się stromo w górę przez dżunglę w oczekiwaniu na dojrzenie w oddali pierwszej platformy linowej. W głowie mąciło mi się mnóstwo myśli, w tym jedna: “nie mogę nic powiedzieć, że się obawiam, bo to ja Krzycha namawiałam na te liny. Będzie dobrze…” ![]()
Musiałam być silna widząc ponad czterdziestoletnią kobietę gotową zawrócić w ostatniej chwili, ale spokojnie namawianej przez męża, nie mówiąc już o babci, z którą zjeżdżał młody Kostarykanin. Ale liczył się fakt, że się odważyła. Nie pozostało mi nic innego.. zjazd był przedni. Ta prędkość, korony drzew pod stopami, pęd we włosach i to uczucie wolności. Miałam, co prawda problemy z hamowaniem, ale na dolnej platformie łapali, jakby co..:).
Krzysiek też był szczęśliwy i dziękował po pierwszym zjeździe, że go namówiłam. Nie darowałby sobie nie zaznania tych emocji. Trasy podniebne były spektakularne. Zsuwaliśmy się z nieziemską prędkością nad wodospadami, wśród wysokich dżunglowych drzew widząc je z góry, w odgłosach egzotycznych śpiewów ptaków. Ostatni jakoby najszybszy zjazd okazał się dla mnie zwykły, ale mimo wszystko powtórzyłabym to raz jeszcze.
SHOW W INDIAŃSKIEJ WIOSCE
W ostatnim punkcie zjazdowym czekał na nas traktor, którym zawieziono nas do – przygotowanych pod turystów (niestety) – chat „indigenous people”, czyli domostw rdzennych tubylców. Nie wiedziałam, na ile byli kiczowato zestrojeni na nasz przyjazd a na ile faktycznie tak się kiedyś ubierali. Tak czy inaczej było całkiem sympatycznie, odsłuchaliśmy historii plemienia, napiliśmy się ich chichy i obejrzeliśmy ręczne robótki – równie kolorowe i pstrokate jak ich ubiory.
![]()
W międzyczasie zaobserwowałam zabawną sytuację podczas delektowania się ich pseudo procentowym alkoholem.
- To chyba jest alkohol tato? – Zapytał dziewięcioletni chłopiec swojego ojca po wypiciu łyka tajemniczego napoju otrzymanego wcześniej od Indianina. Przy łyku lekko się skrzywił, ale przyjemnie.
- Też mi się tak wydaje – Odpowiedział z przekąsem ojciec. – Na pewno wszystko w porządku? – Upewnił się.
- Tak.. – Odpowiedział młody i dokończył swój napój. Faktycznie ichniejsza chicha wydawała się w smaku "jabolowa", czyli taka jabłkowa.
NIEPLANOWANA JAZDA KONNA
W drodze powrotnej okazało się, że do bazy wypadowej można było wrócić na koniach bądź znowu w przyczepie. My koni nie mieliśmy wykupionych, ale część Amerykanów nie była tym zbytnio zainteresowana, to skorzystaliśmy za darmo. Znowu wybrano nam konie dopasowane – chyba – na podstawie charakterów. Poczułam ucisk w brzuchu, bo mimo wszystko nie czułam się zbytnio pewna na grzbiecie tego pięknego zwierzęcia. Wyprawa choć nie trwała długo, była bardzo bajkowa i ekscytująca. Jedną dziewczynkę omalże nie porwał koń, bo dostał jakiegoś szaleju. Biedna dostała blokady i już nie chciała jechać na żadnym. Inne w stadzie znowu jakoś chyba ze sobą rywalizowały zupełnie zapominając, że mają na grzbiecie kogoś, o kogo powinny w jakiś sposób dbać. Pewnie to miały w głębokim poważaniu albo o tym zapomniały. Tak czy inaczej trzeba było uważać, by własny rumak nie obił nam nóg o grzbiet swojego kolegi. Inne znowu podkreślały swój silny charakter chęcią kopnięcia rywala czy uszczypania zębami swojego jeźdźca. No cóż, dlatego nie mam zupełnego zaufania do koni.
![]()
Na miejscu poczuliśmy się jak dziadki Liski zaczepieni przez nastoletnich Amerykanów i opowiadając o swojej podróży, słyszeliśmy z rozmarzeniem: „wow, cool, super!!!”. Dzieciaki były pod wrażeniem poznania również innej narodowości, tym bardziej nie zdając sobie pewnie sprawy z tego gdzie Polska leży na mapie…
Przy stajni czekał na nas jedynie fotograf z przygotowanymi już płytami z filmami i zdjęciami z naszej przygody z canopy. Amerykanie wyłożyli grube dolary, więc nam udało się wynegocjować jakąś przyzwoitą cenę.
Następnego dnia ruszaliśmy w głąb kraju, do dżunglowego Monteverde i do „podniebnych mostów”.
Fot. Zjazdy na tyrolce na Kostaryce (La Fortuna, 2009).