O poranku udaliśmy się na mały rekonesans Puno. Wieczorem miał dojechać do nas z Limy, poznany przez hospitalityclub, Arturo. Przez długi czas przedwyjazdowej korespondencji to właśnie on poszerzał moją wiedzę na temat Peru jak i praktykował ze mną język hiszpański a to mailowo a to telefonicznie. Podobnie jak z Claudią, znaliśmy się tylko wirtualnie, chociaż w jego przypadku zyskałam kontakty do polskich znajomych, którzy mogli potwierdzić, z kim mam do czynienia. Chcieliśmy przed wyjazdem stworzyć sobie poczucie bezpieczeństwa a w razie niepowodzeń dalszej tułaczki bądź złego samopoczucia w Peru, liczyliśmy na miłe towarzystwo poznanego wcześniej tubylca. Teraz czekając na niego orientowaliśmy się w cenach wycieczek na słynne pływające wyspy Jeziora Titicaca.
BARWNE PUNO
Miasteczko tętniło życiem obfitując w kolorowe bazarki i stragany. Dodatkowo - gdy wychodziliśmy z hostelu – trafiliśmy na jakąś paradę. Na skrzyżowaniu w prowizorycznej drewnianej budce stała policjantka kierująca ruchem. Na wyłączonej z ruchu uliczce odbywał się jakiś pokaz. Najpierw szli „señores” grający donośnie na różnych instrumentach muzycznych a za nimi szły dzieci w różnym wieku, strojnie ubrane. Odnosiłam wrażenie, że w Ameryce Południowej powód do zorganizowania radosnej fiesty nie miał znaczenia. Każda okazja do świętowania była dobra.
Przechadzając się wąskimi uliczkami nie mogliśmy oprzeć się zaglądaniu do co drugiego kolorowego sklepiku. I w jednym takim, po długich i sympatycznych negocjacjach, zakupiliśmy elegancki sweter z lamy i równie dostojną wzorzystą, różową torbę na ramię dla mnie. Poza pamiątkami i wełnianymi wyrobami moje oko przykuło dość smutne i niezwracające na nas uwagi dziecko. Był to synek właściciela i mimo zaczepiania nic nie robił sobie z naszej obecności. Ale nie poddawałam się:). Wyjęłam aparat i zaczęłam pstrykać mu zdjęcia. Wtedy łaskawie spojrzał w moją stronę takim przeraźliwie dorosłym wzrokiem. Gdy pokazałam mu jego portrety, pojawił się w końcu tak oczekiwany przeze mnie uśmiech dziecka.
Jak każde peruwiańskie miasteczko tak i Puno miało swój Plaza de Armas. Miało też dodatkowo Plaza Principal. Oba w pięknym kolonialnym stylu. Place połączone były ze sobą bardzo nowoczesnym, prawie że europejskim deptakiem z klimatycznymi bądź luksusowymi knajpkami, sklepikami z pamiątkami a wszystko tętniło życiem już od wczesnych godzin porannych. Na Placu Głównym znajdował się bardzo ciekawy i kolorowy kościół przypominający mi nadmorskie okolice, w którym wychowałam się pod okiem babci. Wszędzie te wspomnienia...
Mieliśmy dużo czasu na błogie lenistwo. Dla porównania cen agencji turystycznych z centrum miasta, udaliśmy się rowerem-taxi do portu. Cieszyliśmy się jak dzieci. Za trzy sole wyżyłowany chłopak pędził uliczkami Puno aż dojechał do celu. Najwięcej chętnych na przejażdżkę mógł znaleźć w centrum, więc już za frico musiał pod górę wracać w miejsce, z którego nas „zwerbował”, no ale na szczęście dla jego zdrowia, bez balastu. A może taka praca jest dobra? Sport i zarobek w jednym…
NAD SŁYNNYM TITICACA
Przy słynnym jeziorze również rozciągał się strojny deptak. Po jednej jego stronie stały kolorowe stragany a po drugiej jezioro pokryte soczyście zielonymi glonami z mnóstwem lekko kiczowatych łódek dla dzieci. Do centrum wracaliśmy już na piechotę. Przemierzając kolejne wąskie uliczki z budynkami, których ściany wymalowane były w różne reklamy (często peruwiańskiego piwa – Cusquena) do uszu dobiegła nam jakaś latynoska muzyka disco (tzw. reggaeton). Przy jednym z wejść do budynków gromadziło się sporo zainteresowanych gapiów, więc i my zapragnęliśmy się dowiedzieć, co ściąga takie tłumy. W środku trafiliśmy na ogromną salę gimnastyczną, na której odbywał się mecz siatkówki dziewcząt. Trybuny były praktycznie zapełnione do ostatniego kibica a samo widowisko przysparzało sporo emocji wszystkim. Zauważyliśmy, że w Peru ważną częścią życia jest sport. Potem też dowiedzieliśmy się, że najważniejszym nauczycielem jest ten od WFu:). A w Polsce dzieciaki unikały go jak mogły, często załatwiając lewe zwolnienia od rodziców. I komu to wyjdzie na zdrowie?
Obiad znowu zjedliśmy u „chińczyka”, którego to wynaleźliśmy dnia wcześniejszego. Był dobry, wydawał się świeży i za rozsądną cenę można było najeść się do syta dwudaniowym posiłkiem. Innym naszym ulubionym punktem „gastronomicznym” była budka pod hostelem z różnorakimi wypiekami. Każde było tak inne od tych jadanych w Polsce, że codziennie staraliśmy się spróbować czegoś nowego. Przy tych próbach kulinarnych tylko czekać aż wrócimy do kraju w większych rozmiarach:).
W hostelu zasiadłam do komputera z dostępem do internetu, by pisać blog. Bliscy jeszcze wtedy nie wiedzieli o jego istnieniu a i dla mnie było to nowością. Tak czy inaczej sprawiało mi to tak samo dużo radości, co spisywanie w pamiętniku wydarzeń każdego dnia. Czekałam na moment aż opisy ze zdjęciami będą mogły być weryfikowane przez rodzinę i znajomych. Do tej pory przesyłanie zdjęć stwarzało nie lada problemy. Mogli chociaż zobaczyć jak żyliśmy przez ostatnie półtora miesiąca i że w ogóle żyliśmy:).
NOWY ZNAJOMY
Wieczorem dojechał do nas nasz nowy kompan. Udało nam się wynegocjować cenę za nocleg w pokoju sześcioosobowym, w którym zamieszkaliśmy we trójkę. W tym samym hostelu przenieśliśmy się piętro wyżej za jedyne piętnaście złotych od łóżka. Arturo wydawał się nam na początku trochę wycofany i onieśmielony, lecz z każdą chwilą coraz bardziej się otwierał. Mieliśmy sporo czasu na „przełamanie lodów”. Zaczęliśmy zatem od najprzyjemniejszej formy, czyli od podarunków. Ja pozbyłam się lekkiego balastu, który woziłam ze sobą w plecaku, dając nowemu koledze szalik i koszulkę Lecha Poznań. Arturo był fanem piłki nożnej i, o dziwo, miał swoich ulubieńców wśród polskich zespołów. Mój brat zamówił mi „zestaw fana” przez internet i poinformował, że wśród Lecha jest w zespole peruwiański piłkarz. To była istotna informacja dla takiego futbolowego laika jak ja:). My dostaliśmy w prezencie płytę znanej peruwiańskiej piosenkarki i aktorki. Na miejscu okazało się, że i Arturo źle znosił wysokość. Gdy tylko wczłapał się na czwarte piętro do pokoju, pobiegł do toalety zwymiotować. Po chwili wszyscy żuliśmy cukierki z koki – jakaś nowość, która całkiem dobrze smakowała i liczyliśmy, że podziała na dolegliwości wysokościowe.
WYSPY UROS
Niestety na wysokości źle się śpi, dlatego co poniektórzy od szóstej rano byli już na nogach. Na śniadaniu dowiedzieliśmy się, że właściciele hostelu organizują wycieczki na wyspy Uros na jeziorze Titicaca a cena nie różniła się niczym od tej w samym porcie. Dodatkowo mieliśmy zagwarantowaną podwózkę w jedną jak i drugą stronę do portu a wyprawa ruszała lada chwila i szukali jeszcze chętnych. Zdecydowaliśmy się spontanicznie. Ja oczekiwałam na śniadanie dla naszej trójki a chłopcy skoczyli po prowiant na cały dzień.
Za chwilę jechaliśmy busem do portu zbierając z pobliskich hoteli zainteresowanych turystów. Z Arturo w kwestii językowej dawaliśmy sobie radę. W porcie wsiedliśmy na jeden z małych statków. Gnaliśmy wśród trzcin do pobliskich wysp. Po drodze mijaliśmy hotel, podobno najdroższy w Puno, ale nie potrafiono określić nam ceny.
Wyspy na słynnym jeziorze Titicaca były gwoździem programu turystycznego Puno i okolic, a Uros były dodatkowo najbardziej nietypowymi i zbudowanymi przez człowieka. Mimo skomercjalizowania tego miejsca nadal stwarzało surrealistyczne odczucia. “Kłody” trzciny powiązanej ze sobą w całość i przywiązywanej do dna jeziora stanowiły dla tutejszej ludności stały ląd. Z trzciny budowali domy, łodzie, szkoły itd. Do miasta po większy prowiant wybierano się raz w tygodniu. Poza tym jezioro zapewniało mieszkańcom wszystko: bogactwo w ryby czy wodę a energię czerpano ze słońca.
Gdy tak płynęliśmy dalej, w oddali dostrzegliśmy pojawiające się wyspy a na nich strojnie ubranych mieszkańców. Mieliśmy anglojęzycznego przewodnika, który dużo opowiadał o jeziorze, wyspach i nauczył jak witać się z tubylcami. Każda wyspa prezentowała inne kolory ubrań. A wyspy… cóż widok dość nie z tej bajki. Na jednej z nich zasiedliśmy na grząskim trzcinowym podłożu a przewodnik opowiadał o powstawaniu wysp, o znajdującej się tu szkole i energii jaką ludzie pobierają z tego jeziora. Faktycznie było tam bardzo ciepło. W oddali pływały trzcinowe łodzie, którymi tubylcy poruszali się pomiędzy sztucznymi „tworami” albo wozili turystów za jedyne dziesięć soli od osoby. Taki dodatkowy zarobek.
Podczas „wykładu” o zwyczajach i formowaniu się wysp Uros niedaleko przechadzał się śmieszny ptak. Ot, taki „domownik”, ale podobny do naszej polskiej kury zmiksowanej z wyrośniętym szpakiem. Był bardzo ciekawski i coraz bliżej podchodził do obcych. Jednak gdy się wykonało krok w jego kierunku, zasłaniał się nieśmiało skrzydłem. Śmieszny, taki ludzki:). Za nami gospodynie otoczone chmarą umorusanych małych dzieci, szykowały jakiś przysmak do spróbowania dla nas. Oni stanowili dla nas nie lada atrakcję, tak jak my dla tutejszych pucułowatych dzieciaków, które z otwartymi buziami, z wypalonymi od słońca policzkami, po raz kolejny prawdopodobnie wysłuchiwały historii przewodników. Mieliśmy też czas dla siebie, by pochodzić po wyspie i samemu ją trochę eksplorować. Weszliśmy na „obserwatorium” również wykonane z trzciny, widzieliśmy suszące się na ogromnych połaciach wyspy ryby oraz podziwialiśmy tutejsze kolorowe wyroby – również wykonane z trzciny. Ceny pamiątek były tu w sposób oczywisty wygórowane, lecz mimo to kusił nas zakup jakiegoś drobiazgu. Chcieliśmy dać zarobić tubylcom nawet ze świadomością przepłacenia, jednak perspektywa naszej półrocznej podróży, zakupu pamiątki w każdym odwiedzanym kraju a przede wszystkim dźwiganie tego na plecach otrzeźwiało i nakazywało „zejść na ziemię”. Stworzył mi się dziwny nawyk tłumaczenia się każdemu, czemu nie mogę pozwolić sobie na kupienie czegokolwiek u niego. Jednocześnie nie mogłam podać prawdziwego powodu chwaląc się tym samym tak długą podróżą świadczącą o mojej majętności. Podawałam zatem okrężne choć prawdziwe wytłumaczenie: „nie mam miejsca w plecaku”.
Odpływając z wyspy mieszkanki żegnały nas przyśpiewkami, by na koniec w każdym języku powiedzieć „do zobaczenia”. W peruwiańskim wydaniu „Hasta la vista, baby” brzmiała komicznie:). Wiadomo, że dla zarobku wszystko było wyreżyserowane, ale mimo to bardzo sympatyczne. Podpłynęliśmy do drugiej wyspy. Wyglądem podobna do poprzedniej, ale różnica polegała na tym, że płynęliśmy na nią inną łodzią zrobioną właśnie z trzciny. No i Lisek wiosłował, bo chciał. Śmieliśmy się nawet, że może „wywiosłuje” dla nas darmowy przejazd, który – jak wspomniałam wcześniej - kosztował dziesięć złotych od łepka. Niestety nie poszli na to:). Przeprawiając się do tej wyspy mijaliśmy kobiety, które równie usilnie wiosłowały swoje łódki. I tu widoczny był wpływ cywilizacji, bo o ile od stóp do głów ubrane były w barwne tradycyjne suknie, tak głowy zdobiły nowoczesne bejsbolówki:).
Nasza podróż po jeziorze Titicaca trwała jeden dzień, lecz wycieczki przyjmowały również formy dwudniowe z możliwością noclegu w domach rodzinnych tubylców, co dawało możliwość poznania życia Indian od środka. Oferowały wspólne posiłki, poznawanie zwyczajów, oglądanie ich na roli itd. My z tej opcji zrezygnowaliśmy głównie ze względu na perspektywę dalszej podróży i innych atrakcji, które nas czekały. Na pewno wiele z omijanych było równie atrakcyjnych, lecz czas uciekał a my mieliśmy przed sobą jeszcze jedno z ważniejszych wydarzeń jakim był parodniowy trekking do Machu Picchu.
DALSZA DESTYNACJA
Przewodnik wysadził nas przy terminalu według wcześniejszych ustaleń. Następną destynacją była dawna stolica Peru – Cuzco. Po, w miarę możliwości, starannym doborze przewoźnika, spacerkiem wracaliśmy do hostelu. Po drodze zahaczyliśmy o jakąś kanciapę wystylizowaną na knajpę, gdzie spałaszowaliśmy kurczaka z rożna (dość popularny zestaw obiadowy w Peru o wybranej wielkości i dodatkach, tj. frytki, surówka i często w akompaniamencie jakiegoś napoju). Wieczorem na pożegnanie z Puno trafiliśmy do rockowej nadymionej knajpy gdzieś przy głównym deptaku, gdzie już bardziej zaprzyjaźnieni z nowym peruwiańskim kolegą rozmawialiśmy o muzyce. Temat tak bardzo wciągnął, głównie chłopaków, że tematykę kontynuowali na przy-hostelowej ulicy, zasłuchując się w przebojach z mp3 Krzyśka. Ja miałam chwilę dla siebie, więc oddałam się pisaniu, które z każdym dniem lubiłam coraz bardziej.