Waluta: tugrik (MNT,₮) obecna wartość (2014 r.) 1PLN = 600₮ (tak więc obracaliśmy w tym kraju tysiącami a nawet może milionami:)
Stolica: Ułan Bator (i jedyne formalne miasto w Mongolii)
Język: mongolski (pisana cyrylica, zbliżona do rosyjskiej, w wymowie według mnie bliższa chińskiemu), znajomość innego języka - znikoma lub żadna; jedynie w hostelach międzynarodowych jest szansa na obsługę anglojęzyczną (czasem możliwy rosyjski)
Transport: kolej (jedna główna linia prowadząca z północy na południe kraju przez sam środek), wynajęty kierowca (znający bezdroża kraju), brak dróg poza stolicą i ewentualne krótkie odcinki doprowadzające do większych wiosek, konno lub na wielbłądach.
Teren: bardzo zróżnicowany (nie posiadają jedynie dostępu do morza)
Odpowiednia pora do podróżowania: czerwiec-sierpień (najcieplejsze miesiące w roku, mimo że również - podobno - najbardziej deszczowe)
TUBYLCY. Bardzo ciekawscy, ale szczerze i od serca. Mimo wizualnej biedy, wydają się być zadowoleni z życia. Z własnego wyboru zdecydowali się na samodzielne życie w naturze, żyjąc w zgodzie z tym, co daje im ziemia, zwierzęta, przyroda. Ich dzieci są bardzo samodzielne, obserwują rodziców w codziennych czynnościach. Na nasze dziecko reagowali z ogromnym sercem. Julek właściwie był traktowany jak bożek, bóstwo, coś, co można tarmosić, całować i tulić. Tak naprawdę dziecko otwierało nam dodatkowe drzwi do tubylców. Mongołowie są poza tym bardzo gościnni i bez problemu przyjmą pod swój dach chcącego skorzystać z noclegu turystę. Za niewielką opłatą. Często w tej cenie jest się poczęstowanym kolacją. Przykładowo my za noc z dzieckiem (bez znaczenia czy mieliśmy 2 łóżka czy 3) płaciliśmy po 10-15 USD z kolacją dla nas wszystkich.
KULINARNIE. Ta część wielokrotnie była przeze mnie komentowana podczas wszystkich chyba artykułów o Mongolii. Jedzenie było dość istotnym elementem naszej podróży, nie tylko dlatego, że jesteśmy smakoszami, ale również dlatego, że dieta mongolska zdecydowanie różni się od standardowej europejskiej oraz niechęcią naszego dziecka do poznawania nowych smaków. W Mongolii króluje mięso, ale menu uzależnione jest również od pory roku i dostępności danych produktów dla typowego mieszkańca jurty.
Warzywa. Ciężko o nie na tym stepowym terenie. Najczęstszy tego typu dodatek do dań to: marchew i ziemniaki. W większych wioskach czy stolicy (ale tej nie można brać, jako kryterium, bo dąży za europejskimi standardami) można liczyć na szerszy wachlarz witamin (czosnek, cebula, szczypior). W sklepach jednak na półkach można znaleźć jakieś warzywne przetwory (w dużej mierze polskie:), tj. buraczki, ogórki konserwowe lub świeże (często wątpliwego wyglądu) pomidory, ogórki zielone.
Owoce. Tych jest jeszcze mniej i są drogie. Jeśli już coś dostaniemy, to są to jabłka, czasem banany lub znowu przetwory (kompoty z owocami, dżemy, owoce w puszkach czy żelu).
Mięso: króluje baranina i koza, bo to też hoduje się najczęściej. Podobno jada się również mięso wielbłąda, ale nam nie dane było spróbować. Dziwi mnie fakt niedostępności mięsa w sklepach wogóle, bądź czasem tylko w wersji mrożonej (ale rzadko) oraz fakt, że nie mają do zaoferowania: kurczęcia, wołowiny czy wieprzowiny. Krowy po stepach chodziły ale pozostałych dwóch gatunków nie spotkaliśmy nigdzie.
Jaja i nabiał: jedno i drugie na szczęście dostępne w sklepach. Międzynarodowe marki mają swoją zdecydowanie wyższą cenę. Bardzo popularnym w Mongolii, nawet w głębi kraju, jest jogurt ręcznie robiony. Popularne jest również mleko klaczy, zwane kumysem. Z mleka wyrabia się masło oraz "zaschnięte kożuchy" o obrzydliwym smaku (aaruul) serwowane jako przekąska. Mleko dodaje się również do narodowego napoju mongolskiego, tzw. suutej caj (gotuje się pół na pół wodę z mlekiem, zaparza zieloną herbatę i jeszcze chwilę gotuje; soli się delikatnie) - typowy poczęstunek w jurtach.
Standardowe menu:
- chuuszuury - pszenne placki nadziewane mięsem baranim, smażone na głęboim tłuszczu (czasem z dodatkiem jakiejś zieleniny)
- buudze - pierożki z mięsem gotowane na parze
- cujwan - domowy makaron smażony z kozim mięsem, kawałkami marchwi i ziemniaków
- zdarzyło się nam również raz zjeść grillowaną kozę z warzywami, czasami daniom towarzyszy ugotowany ryż
- widzieliśmy Mongołów jedzących na śniadanie mięso maczane w mleku (?)
Słodkości: tych w Mongolii jest duży wybór i ciekawie jest się cofnąć w czasie, gdyż półki sklepowe oferują szeroki wachlarz słodkości niczym z czasów PRL-u:)
NAADAM. Najważniejsze święto w Mongolii, które odbywa się w lipcu, lecz w każdej części kraju w innych dniach. Więcej informacji nt. święta w artykule.
KONIE. Przeczytałam, że Mongoł to na koniu się urodził. I mogę to potwierdzić, widząc jak nawet maluchy dosiadają mniejsze konie i świetnie sobie radzą w siodle. Zwierzęta te są jednymi z głównych bohaterów Naadamu, równie zestrojone i widocznie zadowolone udziałem w wyścigach, jak i całym wydarzeniu.
MUZYKA. Jest obecna w życiu Mongołów na co dzień. Słynny gardłowy śpiew miałam szansę usłyszeć w Ułan Bator na jednym z wyreżyserowanych ponadgodzinnych przedstawień artystycznych. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie, jak i bogate stroje, w które poubierani byli artyści. Podczas dwutygodniowej wyprawy po Mongolii, nasz kierowca serwował nam jedną płytę z paroma pieśniami o tematyce miłosnej, przyrodniczej, życiowej. Wtedy miałam już od niej mdłości. O dziwo, teraz za nią ciut tęsknię:).
Z DZIECKIEM. Nie spodziewałam się, że tak dobrze w Mongolii będzie się czuł nasz syn. Wszystko dla niego było nowością, wszystko go interesowało, a najlepiej bawił się zabawkami, które sam sobie wymyślił czy zbudował (sznurki, druty, sprzęty użytku domowego ale na wsi, kamyki, miska itp.). I mimo, że byliśmy na pustyni (na której jakoby dla dziecka nic nie ma), stepach (gdzie rośnie tylko niska trawka) czy wśród ciekawych wspinaczkowych wniesień (niby nie dla dziecka), to czuł się fantastycznie chodząc na boso, mogąc uświnić się bez zwracania uwagi. Dodatkowo spodobała mu się mongolska higiena, czyli jej brak:), pomoc przy ręcznych przepierkach, czasochłonnym zmywaniu i wymyślnym gotowaniu. W każdej jurcie była gwarancja dziecka do zabawy, zazwyczaj w zbliżonym do niego wieku do naszego. Wtedy mogli się bawić w najmniej ciekawą (według dorosłego) zabawę, ale zawsze zadowoleni i szczęśliwi będąc w swoim towarzystwie.
W bardziej konsumpcyjnym świecie nudził się co pięć minut jakąś zabawą, stale wymuszając puszczanie mu bajek. W Mongolii tego nie było.
Największym problemem, ale możliwe, że tylko w naszym przypadku (nasz Julek jest w wieku, w którym kształtuje się zdanie, zazwyczaj inne od rodzica), było jedzenie. Syn oczekiwał takiego samego menu jak w Polsce i ciężko było mu wytłumaczyć braki lub niedostępność. Wzrokiem oceniał, czy coś lubi czy nie. Kosztowało nas to sporo wysiłku, by samodzielnie serwować takie dania lub namawiać do spróbowania nowości.
PODRÓŻOWANIE PO KRAJU. Poznanie bezkresów tego kraju nie jest możliwe bez zboaczenia z głównej drogi, bo ta jest tylko w okolicach stolicy:). Najbezpieczniej jest to robić z kierowcą orientującym się w terenie, poleconym. My chwalimy sobie decyzję o "wykupieniu" takiego za pośrednictwem hostelu Golden Gobi, który według mojej opinii, jest liderem w organizacji indywidualnych wypraw. Samemu decyduje się w pewnym stopniu o cenie, o terenie jaki chce się zobaczyć, czasie jaki można na to poświęcić i czy chce się to robić indywidualnie czy z grupą nieznanych osób, którym zależy na podobnej eskapadzie. Potem właściwie nie trzeba się o nic martwić, tylko cieszyć widokami. No chyba, że podejmuje się decyzje o samodzielnym gotowaniu, wiec wcześniej trzeba przemyśleć co zakupić. Większość produktów można zakupić (uzupełnić prowiant) w wioskach po drodze, które trafiają się co parę dni lub częściej. My, tylko ze względu na dziecko, zdecydowaliśmy się na podwójne noce w jurtach, by w pędzie nie pokonywać codziennie wielu trudnych kilometrów (dość męczących dla malucha).
Zachęcam do poznania tego bardzo otwartego i pięknego kraju.