Kiedy planowaliśmy podróż po Sri Lance, wiele osób odradzało nam wschodnie wybrzeże. Przełom grudnia i stycznia nadal uznawany jest tam za okres mniej przewidywalny pogodowo, dlatego większość turystów wybiera wtedy południe kraju. My postanowiliśmy zrobić odwrotnie. I chyba właśnie dzięki temu trafiliśmy do jednej z najbardziej spokojnych i autentycznych części Sri Lanki.
Trincomalee poza sezonem – czy warto?
Przez cztery dni w Trincomalee mieliśmy może kilka chwil lekkiego deszczu. Zamiast nieustannych ulew pojawiło się bardziej wzburzone morze i trochę chmur, które tylko dodawały klimatowi egzotyki.
W wyznaczonych miejscach można było normalnie się kąpać, a skakanie przez fale dawało ogromną frajdę. Największym plusem okazał się jednak brak tłumów. Plaże były niemal puste, nie było resortowego zgiełku ani kolejek do atrakcji. Mogliśmy po prostu zwolnić i cieszyć się miejscem takim, jakie jest naprawdę.
Slow travel nad Oceanem Indyjskim
Te kilka dni upłynęło nam bardzo spokojnie. Poranna kawa na balkonie z widokiem na ocean, szum fal i ciepłe powietrze sprawiały, że trudno było gdziekolwiek się spieszyć.
Był też jogging po plaży — i sama jestem zaskoczona, że właśnie tam zaczęło mi to sprawiać przyjemność. Nigdy szczególnie nie lubiłam biegać, ale w takich okolicznościach wszystko wydaje się łatwiejsze.
Lankijczycy, jak wszędzie podczas tej podróży, okazali się niezwykle serdeczni i otwarci. Bez nachalności, za to z naturalną życzliwością i spokojem.
Nilaveli Beach – bardziej dzikie oblicze wybrzeża
Jednego dnia pojechaliśmy także na północ, do Nilaveli Beach.
Ta część wybrzeża zrobiła na nas ogromne wrażenie. Po plaży spacerowały krowy, wokół rosły wysokie palmy i bujna roślinność, a turystów praktycznie nie było.
To właśnie tam najmocniej poczuliśmy ten egzotyczny klimat Sri Lanki — trochę dziki, trochę nieoczywisty i bardzo naturalny.
Dutch Bay i codzienność Trincomalee
Samo Trincomalee również okazało się dużo bardziej zielone i spokojne, niż się spodziewaliśmy. Dutch Bay zaskoczyło nas brakiem dużych resortów i mocnej urbanizacji. W okolicy swobodnie poruszały się jelenie, małpy, pawie i papugi.
Kolorowe kutry rybackie dodawały plażom charakteru, a cały region miał w sobie coś autentycznego i niewymuszonego.
Bardzo ciekawy był też miks kultur i religii — obok siebie funkcjonują tu świątynie hinduistyczne, buddyjskie, kościoły katolickie i meczety.
No i oczywiście żółty kokos — zdecydowanie najlepszy, jaki piliśmy podczas całej podróży.
Małe sceny, które zostają w pamięci
W podróżach często najlepiej pamięta się nie wielkie atrakcje, ale zwykłe sceny z codzienności. Jednego dnia zobaczyliśmy tuk tuka wypełnionego pieczywem — mobilną piekarnię rozwożącą świeże wypieki po okolicy.
Innym razem Lis postanowił spontanicznie odwiedzić lokalnego fryzjera. Za około 1000 rupii, czyli mniej więcej 12 złotych, wyszedł z zupełnie nową fryzurą — na szczęście przy bardzo prostym cięciu trudno było coś zepsuć.
Z Trincomalee do Udawalawe – podróż przez zielone wnętrze Sri Lanki
Po kilku spokojnych dniach ruszyliśmy dalej — w kierunku Udawalawe National Park.
Plan był prosty: skoro jesteśmy na Sri Lance, chcieliśmy odwiedzić choć jeden park narodowy i zobaczyć słonie w naturalnym środowisku. Wybraliśmy Udawalawe, jeden z najbardziej znanych parków w kraju i miejsce, w którym szanse na spotkanie słoni są naprawdę duże. Przed nami było ponad 350 kilometrów drogi i około osiem godzin jazdy.
Kilka tygodni wcześniej Sri Lankę nawiedziły intensywne listopadowe ulewy, które doprowadziły do podtopień i osuwisk ziemi w centralnej części wyspy. To właśnie one pokrzyżowały nasze wcześniejsze plany związane z dłuższym pobytem w środkowej części kraju i przejazdem słynną trasą kolejową przez dżunglę oraz herbaciane wzgórza.
Początkowo nie byliśmy pewni, czy trasa przez centralną część Sri Lanki będzie dobrym pomysłem, ale nasz kierowca — znający okolice jak własną kieszeń — przekonał nas, że warto. I rzeczywiście była to jedna z najpiękniejszych części podróży.
Ella – „tylko przystanek”, który zapadł w pamięć
Po drodze zatrzymaliśmy się w Elli. Plan był ambitny — odwiedzenie plantacji herbaty i krótkie warsztaty związane z jej produkcją. Niestety dotarliśmy na miejsce zbyt późno, około 16:00, i nie udało się już wejść.
Mimo to sama okolica zrobiła ogromne wrażenie. Wzgórza pokryte plantacjami herbaty wyglądały dokładnie tak, jak wyobrażaliśmy sobie Sri Lankę przed wyjazdem — intensywnie zielone, lekko zamglone i bardzo malownicze. Na otarcie łez zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Ravana. To miejsce miało swój własny klimat — głównie za sprawą małp, które perfekcyjnie opanowały sztukę podkradania turystom jedzenia, szczególnie grillowanej kukurydzy sprzedawanej przy drodze.
Udało nam się też zobaczyć z oddali słynny lankijski pociąg sunący przez zielone wzgórza. Tym razem bez przejażdżki, ale sam widok wystarczył, żeby zrozumieć, dlaczego to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na wyspie.
Ella wydała nam się bardzo turystyczna, ale jednocześnie piękna i pełna dobrej energii. To miejsce idealne dla osób, które lubią góry, herbatę i spokojny klimat backpackerskiego miasteczka.
I chyba rzeczywiście kiedyś tam wrócimy. Bo czasem najlepsze historie zaczynają się od słów: „to miał być tylko przejazd”.