To właśnie tutaj postanowiliśmy spędzić ostatnie dni przed powrotem do Negombo i lotem do Polski. Przyznam szczerze – miałam spore obawy.
Mirissa uchodzi za jedną z najbardziej turystycznych miejscowości na całej wyspie. Po niemal trzech tygodniach podróżowania przez spokojniejsze regiony Sri Lanki baliśmy się tłumów, wysokich cen i utraty tego autentycznego klimatu, który tak bardzo polubiliśmy.
Na szczęście rzeczywistość po raz kolejny okazała się przyjemnym zaskoczeniem.
Nocleg znaleziony... na miejscu
Tym razem postanowiliśmy zaryzykować. Nie rezerwowaliśmy noclegu wcześniej, bo coraz częściej przekonywaliśmy się, że zdjęcia w internecie niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Poszukiwania trwały około trzech godzin. Odwiedziliśmy kilka obiektów, porównaliśmy standard i ceny, aż w końcu trafiliśmy do miejsca, które okazało się idealne.
Duży apartament, przestronny ogród i kuchnia tylko do naszej dyspozycji. Po tygodniach jedzenia głównie w restauracjach możliwość przygotowania własnego śniadania czy kolacji była naprawdę miłą odmianą. To doświadczenie tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że na Sri Lance czasami warto zostawić sobie odrobinę spontaniczności.
Czy Mirissa jest naprawdę taka turystyczna?
Tak. Ale... tylko częściowo.
Restauracje położone w pierwszej linii brzegowej są zdecydowanie droższe niż w innych częściach wyspy. Podobnie jest z licznymi butikami i sklepikami z pamiątkami. Jednak wystarczy odejść kilka ulic dalej, aby ceny stawały się znacznie bardziej lokalne. To właśnie dlatego Mirissa nie zrobiła na nas wrażenia typowego kurortu nastawionego wyłącznie na turystów.
Można tu znaleźć zarówno modne beach bary, jak i niewielkie rodzinne restauracje prowadzone przez mieszkańców.
Plaża idealna na odpoczynek... i pierwszą lekcję surfingu
Plaża w Mirissie bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Można tu zarówno spokojnie popływać, jak i bawić się w wysokich falach. To również jedno z najlepszych miejsc na Sri Lance, aby spróbować swoich sił w surfingu. Szkółek jest naprawdę sporo, a ceny lekcji wydawały się bardzo rozsądne. Choć tym razem nie zdecydowaliśmy się na deskę, z przyjemnością obserwowaliśmy osoby stawiające pierwsze kroki na falach.
Parrot Rock i Coconut Tree Hill – dwa miejsca, których nie można pominąć
Będąc w Mirissie, trudno nie odwiedzić dwóch najbardziej charakterystycznych punktów. Pierwszym jest Parrot Rock – niewielka skała wystająca z oceanu. Wejście wymaga odrobiny ostrożności, szczególnie przy przypływie, ale widok na całą zatokę zdecydowanie wynagradza wysiłek.
Drugim miejscem jest Coconut Tree Hill. To chyba najbardziej rozpoznawalny kadr z południowej Sri Lanki. Rząd wysokich palm wyrastających na klifie wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciach z Instagrama.
Czy jest tam sporo ludzi? Tak. Czy mimo to warto? Zdecydowanie. Nie bez powodu miejsce stało się symbolem Mirissy.
Tuk-tukiem do Koggali
Jednego ranka postanowiłam zrobić coś spontanicznego. Wsiadłam do tuk-tuka i ruszyłam w stronę Koggali.
Plan był prosty. Zobaczyć słynnych lankijskich rybaków łowiących na palach. Na miejscu szybko okazało się jednak, że dzisiaj jest to bardziej atrakcja turystyczna niż codzienny sposób połowu. Rybacy pojawiają się głównie wtedy, gdy przyjeżdżają turyści. Dowiedziałam się również, że podczas naszego pobytu nie był to odpowiedni sezon na taki sposób łowienia. Przy niższym poziomie wody ryb praktycznie się tak nie łowi.
Skoro jednak przejechałam prawie 18 kilometrów, postanowiłam choć na chwilę wejść na jeden z pali. Po krótkich negocjacjach panowie zgodzili się pokazać mi, jak wygląda to z ich perspektywy. I choć wiedziałam już, że to bardziej pokaz niż codzienność, samo doświadczenie było bardzo ciekawe.
Miejsce, które poruszyło mnie najbardziej
W drodze powrotnej kierowca tuk-tuka zaproponował jeszcze jedną atrakcję. Centrum rehabilitacji żółwi morskich.
To był jeden z najbardziej poruszających momentów całej podróży. Za niewielką opłatą mogliśmy zobaczyć żółwie, które trafiły tutaj po zjedzeniu plastiku, zaplątaniu w sieci rybackie czy z ranami spowodowanymi przez śruby łodzi. Niektóre przechodziły rehabilitację. Inne czekały na specjalne protezy przygotowywane za granicą. Były też maleńkie żółwiki, które dopiero wykluły się z jaj oraz inkubatory, w których dojrzewało kolejne pokolenie. Najbardziej zapamiętałam jednego z żółwi. Miał tak delikatny pancerz, że podczas głaskania poruszał ogonem dokładnie jak szczęśliwy pies. To było niezwykle wzruszające.
Zapach cynamonu i ogrody pełne przypraw
Wracając do Mirissy zatrzymaliśmy się jeszcze w niewielkim ogrodzie przypraw. To właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłam, jak rosną cynamon, wanilia, bawełna czy hibiskus.
Początkowo planowałam odwiedzić również plantację cynamonu na wyspach jeziora Koggala, ale zabrakło czasu. Ostatecznie wystarczył mi spacer po ogrodzie i rozmowa z jego właścicielami. Ze sklepu wyjechałam tylko z jednym zakupem. Liśćmi curry, o które zostałam poproszona jeszcze przed wyjazdem z Polski.
Czy warto odwiedzić Mirissę?
Zdecydowanie tak. Choć jest bardziej turystyczna niż wiele innych miejsc na Sri Lance, nadal potrafi zachować swój urok. To świetna baza wypadowa do zwiedzania okolicy, odpoczynku na plaży, nauki surfingu i krótkich wycieczek tuk-tukiem.
Dla nas była idealnym zakończeniem trzytygodniowej podróży po wyspie.Bo właśnie tutaj zrozumieliśmy, że Sri Lanka nie zachwyca jedną wielką atrakcją. Jej siła tkwi w różnorodności. Od skalnych twierdz, przez parki narodowe pełne słoni, spokojne plaże Tangalle, aż po tętniącą życiem Mirissę.
I chyba właśnie dlatego już wtedy wiedzieliśmy, że kiedyś tu wrócimy.
Fot. Mirissa, 2026
