Były obawy przed śniegiem i oblodzeniem, bo tuż wcześniej telewizję obiegły zdjęcia zaśnieżonych tatrzańskich szczytów. Do tego, nie wiedząc zupełnie czemu, wyobrażałam sobie ostatni łańcuchowy odcinek wyjątkowo niebezpiecznie, stąd też w drodze na ten popularny szczyt, nakręcała mnie adrenalina i ciekawość pomieszana z niepewnością.
ŻÓŁTY SZLAK NA GIEWONT
Jak zawsze trafiła się nam cudowna pogoda, więc stwarzała ona jednocześnie zwiększony ruch na szlakach tatrzańskich. Spośród paru możliwości dotarcia do Giewontu obieramy szlak żółty wiodący przez Dolinę Małej Łąki (moja koleżanka kierowcy busa powiedziała “poprosimy do Doliny Małego”, co stało się żartem dla górala i dla nas na cały nasz weekendowy pobyt:). Z Zakopanego dojeżdżamy do wejścia na szlak wiodący początkowo w Groniku, Drogą pod Reglami (czarnym szlakiem), by po dotarciu do Kierpcówki dojrzeć szlak na Dolinę Małej Łąki. Cały czas trzymamy się żółtego szlaku. Za wejście do Tatrzańskiego Parku Narodowego płacimy po 7zł od dorosłej głowy.
Spokojne przemieszczenie ku wyższym partiom pozwala rozruszać zastałe mięśnie. Dolina Małej Łąki odkrywa pierwsze zachwycające pejzaże. Lecz tuż po dotarciu do lasu rozpoczyna się mozolna wspinaczka. Co jakiś czas zza drzew wyłaniają się widoki na Czerwone Wierchy, które towarzyszą nam aż do samego celu tej wyprawy.
Idziemy po kamiennych stopniach, niczym po stromych schodach i tak niemalże cały czas aż pod Giewont. W wyższych partiach odczuwamy przymrozek. Jesteśmy bardzo zadowolone z faktu, że szlak faktycznie okazał się najmniej popularnym i nie mijamy po trasie zbyt dużej ilości traperów.
MOZOLNA WSPINACZKA
Czeka nas bardziej stromy odcinek wśród kosodrzewiny. Chwilami musimy nawoływać się zza zakrętów, bo drzewa przysłaniają widoczność. Adrenalina wzrasta, gdy mijający nas po drodze piechurzy uprzedzają, że od strony Wierchów na zboczu przechadza się niedźwiedź. Wypatrujemy go ze zgrozą w oczach, ale ten okazuje się jednak bardzo od nas oddalony i nawet gdyby miał chęć pojawić się tuż obok nas, miałby do przejścia spory odcinek w dół i ponownie w górę. Delektujemy się zatem jedynie jego nietypowym umaszczeniem, bo z dala przypomina bardziej pandę niż brunatnego misia. W końcu docieramy na Wyżnią Kondracką Przełęcz, gdzie przecinają się szlaki czerwony i niebieski. Każdym z nich można dotrzeć w to miejsce. Tutaj zagęszczenie piechurów się kumuluje. Mam wrażenie, że tego dnia zebrały się tylko grupy młodych ludzi. Widoki onieśmielają, zachwycają, uzmysławiają piękno i potęgę natury.
Ale że ta natura zrobiła się coś szybko za zimna uznajemy, że czas na ostatni, łańcuchowy odcinek. Pod szczytem okazuje się:
* że panuje tu ruch jednokierunkowy (co cieszy i zmniejsza strach ewentualnego mijania się), że gdy zbierze się grupa, to po łańcuchach trzeba wspinać się gęsiego i odwrotu nie ma
* że strach ma wielkie oczy i wystarczy patrzeć przed siebie,
* na szczycie każdy chce sobie zrobić zdjęcie z krzyżem, więc tworzy się kolejna kolejka na tej niewielkiej przestrzeni.
Silny wiatr i zgrabiałe z zimna dłonie skłaniają do zejścia w dół. Momentami strome zbocze powoduje zawroty głowy, lecz uważność jest tu najistotniejsza i spokojne stawianie kroków.
Z GIEWONTU DO KUŹNIC
Ponownie stajemy na Kondrackiej Przełęczy i decydujemy się na powrót do Zakopanego niebieskim szlakiem przez Schronisko na Hali Kondratowej. Z tej strony ewidentnie mija nas więcej osób. W niższych partiach zmieniamy szybko przemoczone (z wysiłku) ubrania i chwytamy po kabanosie. Pozostaje spokojnie cieszyć oczy ponownie wysokimi szczytami nas otaczającymi, w nadziei na rozgrzanie zmarzniętych członków w schronisku. Potem jeszcze las, Polana Kalatówki z Hotelem Górskim PTTK (1196 m npm) i z widokiem na kolejkę górską na Kasprowy Wierch docieramy do Kuźnic. Nie musimy długo czekać na odjazd busika do centrum miasta (6 zł/osobę w jednym kierunku).
Po tym, około, 6-godzinnym wysiłku, podczas którego przeszłyśmy 12 km, przemieszczając się 1000 m w górę i podobnie w dół, z wielką radością oddajemy się jedzeniowym rozkoszom bez najmniejszych wyrzutów sumienia.
Fot. Zdobywamy Giewont (jesień 2021).
DOLINA CHOCHOŁOWSKA
Jako że niestety jako mamy jesteśmy ograniczone czasowo, i na Tatry mamy zaledwie 2 dni, podczas gdy ostatniego dnia weekendu mamy jeszcze w planie powrót do domu. Jednak by jeszcze choć trochę nasycić się naszymi pięknymi Tatrami decydujemy się na spacer po Dolinie Chochołowskiej.
Fot. Niestety wszystkie zdjęcia z Chochołowskiej mam w pionie, także zapraszam do galerii. A tu z moim rodzimym Liskiem;)
NA ROWERZE
Wiedziałyśmy, że miejsce można zeksplorować na rowerze, ale jakoś nie przyszło nam do głowy, że można je wypożyczyć na parkingu tuż u wejścia (parking kosztował nas 15 zł). Stanęłyśmy na jednym z pierwszych i potem trochę żałowałyśmy, bo na kolejnych oferowano rowery w cenie parkingu i kompletnie zapomniałyśmy o faktycznej długości samej doliny. Czekał nas 2-godzinny spacer w jednym kierunku do bardzo widowiskowej Polany Chochołowskiej. Czas biegł nieubłaganie, trzeba było jeszcze wrócić ten sam odcinek i zjeść obiad przed powrotem do Warszawy.
Na pewno tu wrócimy a wtedy przy tak pięknej pogodzie (bądź przynajmniej w sezonie rowerowym) wypożyczymy jednoślady i w mig dotrzemy do owej polany. Mimo to spacer przysporzył nam mnóstwo przyjemnych widoków, szumiącego obok strumienia, dużo śmiechu i słońca.
Fot. Giewont c.d. i Dolina Chochołowska 2021.
Jesteś nowicjuszem jeśli chodzi o polskie Tatry? Szukasz pomysłów na łatwiejsze i trudniejsze szlaki? Koniecznie zajrzyj tu.
