Podróż do Rezerwatu Lasu Mgielnego w Monteverde miała rozpocząć się po południu.
Gdy otworzyłam rano oko, robota - mająca na celu usunięcie pozostałości pułapki – miała się ku końcowi. Zwinny Emilien pomógł Fabianowi pozbyć się sieci. Krzysiek wskoczył do wody, bym zrobiła mu parę fotek, jaki to on odważny i że jakoby uczestniczył w akcji ratunkowej:).
Poranek był czasem wielu przemyśleń. Dziś mijały trzy miesiące podróży. I o ile dwa tygodnie wcześniej dotknął nas kryzys emocjonalny spowodowany chęcią powrotu do bliskich, tak teraz z radością patrzyliśmy na przyszłość, a zarazem smutkiem, że lada chwila ta przygoda dobiegnie końca.
Pełne słońca dni powoli ustępowały miejsca tym bardziej szarym, melancholijnym i chłodniejszym. Mgliste, dżdżyste, lecz wydawałoby się bardziej kolorowe poranki dawały o sobie znać. Senność, niekontrolowane lenistwo, hektolitry wypijanej kawy i oczy prawie codziennie na wpół otwarte przypominały o nadchodzącej jesieni.
Nie mogliśmy darować sobie Kościelca ( 2155 m n.p.m.), w kierunku którego zmierzaliśmy za pierwszym razem. Tzn. ja tak nie do końca, bo ostatni raz w Zakopanem byłam 100 lat temu, więc szczerze Tatr nie znałam. Krzysiek wspominał nieznane mi szlaki, rzucał nazwami jak z rękawa, a ja tylko przytakiwałam i upewniałam się, czy nie będzie marudził, gdy zaniżę wyniki czasowe wejścia na szczyty czy pokonania szlaków w ogóle. Twierdził, że jesteśmy dla relaksu, więc niech będzie.
Gdy już przygotujemy się do aktywnego czasu, jaki mamy spędzić w Szczyrku, pozostanie nam do wyboru miejsce noclegowe a potem niekończąca się liczba knajpek, barów i restauracji, gdzie fajnie by było dobrze zjeść. W jednym jak i drugim przypadku można polegać na opinii znajomych, bądź znaleźć takowe w sieci. A może lepiej pokierować się własną intuicją?
Podczas gdy polskie rodziny szykowały się z wielkanocnymi święconkami do kościoła, my wyjątkowo odczuwaliśmy samotność i tęsknotę za naszymi bliskimi. Ten rodzinny czas przyszło nam spędzić w Salcie, na wyjątkowo ciepłej o tej porze roku północy Argentyny.
„Tak, bo wy to w czepku jesteście urodzeni. Co sobie zaplanujecie, postanowicie, to wychodzi i już. Wszystko z górki, nic pod górkę.” Słowa te niejednokrotnie padały z ust mojej bliskiej przyjaciółki. Wszystko to wypowiadała z uśmiechem na twarzy. Może i coś w tym było, chociaż osobiście wierzę, że działo się tak dlatego, że bardzo w to wierzyliśmy.
„Że też nie potraficie usiedzieć na miejscu” – powiedziała kiedyś moja mama. Wspominałam teraz te słowa. Miała rację, bo ta nasza nadpobudliwość pchała nas właśnie w nieznane jak magnez. Mimo, że rozłąka bardzo mnie wzruszyła, myśli krążyły już gdzieś na innym kontynencie. Serce biło mocniej.
Biemba mieszkał w małym miasteczku. Właściwie w naszych realiach nazwało by się to wioską, ale zakładając, że większość narodu śpi w namiotach jako samodzielne rodziny bądź co najwyżej w bliskiej odległości od kolejnej jurty sąsiadów, to można to miejsce było nazwać miasteczkiem.