Czy Buenos w ogóle śpi? To pytanie zadawałam sobie każdego dnia spędzonego w gorącej stolicy Argentyny. Wydawało się, że tu może zdarzyć się wszystko. Nie wiedziałeś, co spotka cię dziś, jutro i za dwa dni. Miało się pewność, że za każdym razem miasto na pewno zadziwi i zaskoczy.
Kontynuacji „autobusowych” nieprzyjemności ciąg dalszy. Zimno, głodno i żadnych przystanków po drodze. Dobrze, że chociaż wiedzieliśmy, gdzie zmierzać w poszukiwaniu noclegu w Buenos Aires.
Wściekła i przemęczona, a do tego bezsilna. Burza emocji nie opuszczała, ale ciężko było je odgarnąć na bok. Linie autobusowe w Argentynie bardzo nas rozczarowały, choć to i tak delikatne słowo dla tego, co przeżywaliśmy. Dwadzieścia godzin w nieustającej klimatyzacji i żadnych dodatkowych ciuchów do nałożenia.
„Australis” delikatnie sunął po spokojnym oceanie. Tylko pejzaże za oknem jakby surowsze, bardziej lodowcowe i… na wodach pojawiła się kra. Popijając rumianek delektowałam się tą ciszą.
Jak to życie potrafi być przewrotne. Jednego dnia byliśmy bezdomnymi z wyboru, targającymi na plecach dwudziestokilowe bagaże, negocjując w każdej możliwej okazji ceny wszystkiego, rezygnując z atrakcji, które wydawały się cenową przesadą, by innego dnia, jak prawdziwi bogacze wkraczać na pokład luksusowego „Australis” opływającego Przylądek Horn.
Sen pod osłoną namiotu nie należał do najlepszych, najcieplejszych czy najwygodniejszych. Poza silnym wiatrem cały czas mocno padało. Materiałową pokrywą rzucało na wszystkie strony a nad ranem zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze mamy dach nad głową.
W Patagonii pada codziennie. Jeśli nie jest to mały deszczyk przy słońcu okraszający głowy, to na pewno spotka nas rzęsista ulewa. Mieliśmy okazję poznać te trudniejsze warunki.
Jakim cudem straciliśmy jeden dnia podróży? Gdyby nie rozmowa telefoniczna z przyjacielem, żylibyśmy w przeświadczeniu, że w Torres del Paine możemy spędzić trzy dni. Pomyłka kosztowałaby nas spóźnienie się na cholernie drogi rejs, nad których debatowaliśmy ostatnio pół dnia. To byłoby jednoznaczne z jechaniem na koniec świata do Ushuaia na marne i nie odbycie luksusowej wycieczki.
Wkroczyliśmy do krainy bajki niczym z “Alicji z Krainy Czarów”. Dotarliśmy do najpiękniejszego tutejszego Parku Narodowego Huerquehue znanego właśnie z dżunglowych widoków, dość wysokich szczytów i przepięknych lagun.
W Polsce, w trakcie naszych przygotowań do podróży, Krzysiek zlokalizował gdzieś na chilijskiej stronie internetowej ofertę kilkudniowych wypraw w siodle. Jego marzeniem była przygoda niczym z dzikiego zachodu, w kowbojskich kapeluszach, ostrogach zdobiących buty, w wytartych dżinsach, źdźbłem trawy w zębach i wiatrem we włosach podczas ujeżdżania niesfornego rumaka.