Była czarna noc, gdy zadzwonił budzik. Kompletnie oszołomieni tak nietypową godziną, z pełną parą rzuciliśmy się do wyłączenia budzików, by nie pobudzić domowników naszego drewnianego domku.
„Tak, bo wy to w czepku jesteście urodzeni. Co sobie zaplanujecie, postanowicie, to wychodzi i już. Wszystko z górki, nic pod górkę.” Słowa te niejednokrotnie padały z ust mojej bliskiej przyjaciółki. Wszystko to wypowiadała z uśmiechem na twarzy. Może i coś w tym było, chociaż osobiście wierzę, że działo się tak dlatego, że bardzo w to wierzyliśmy.
Wczorajsze „miękkie lądowanie” na obcym lądzie zakończyło się sukcesem i kontynuowało się po dzień kolejny. Suzanna idealnie wprowadzała nas w swój świat jak i zakątki nowego kraju.
„Że też nie potraficie usiedzieć na miejscu” – powiedziała kiedyś moja mama. Wspominałam teraz te słowa. Miała rację, bo ta nasza nadpobudliwość pchała nas właśnie w nieznane jak magnez. Mimo, że rozłąka bardzo mnie wzruszyła, myśli krążyły już gdzieś na innym kontynencie. Serce biło mocniej.