Nie mogliśmy darować sobie Kościelca ( 2155 m n.p.m.), w kierunku którego zmierzaliśmy za pierwszym razem. Tzn. ja tak nie do końca, bo ostatni raz w Zakopanem byłam 100 lat temu, więc szczerze Tatr nie znałam. Krzysiek wspominał nieznane mi szlaki, rzucał nazwami jak z rękawa, a ja tylko przytakiwałam i upewniałam się, czy nie będzie marudził, gdy zaniżę wyniki czasowe wejścia na szczyty czy pokonania szlaków w ogóle. Twierdził, że jesteśmy dla relaksu, więc niech będzie.
W Zakopanem nie byliśmy razem wieki. Odstraszał nas tłum krupówkowy i specyfika miasta, wiecznie zapchana Zakopianka (przynajmniej tak trąbili w mediach) utrudniająca przyjemny dojazd i tłumy na szlakach. Na Tatry zdecydowaliśmy się spontanicznie, a nocleg rezerwowaliśmy z parogodzinnym wyprzedzeniem w szczycie sezonu letniego. Roztaczała się przed nami perspektywa spędzenia tygodnia w górach, pierwszy raz od pięciu lat bez dziecka, sami.
Kolejnym, na polskiej mapie, naszym częstym punktem wypadowym na krótki weekend, był Szczyrk. Początkowy wybór był dość prozaiczny, gdyż drogę do tej mieściny usytuowanej w Parku Krajobrazowym Beskidu Śląskiego, z Warszawy pokonywaliśmy bardzo szybko trasą katowicką, jak na warunki polskich dróg.
Mimo iż czekała nas pobudka o piątej rano, nie mogliśmy zasnąć. Nieprzytomnie ciągnęliśmy za sobą nogi po powoli rozświetlanych uliczkach w kierunku „mercado”, skąd „colectivo” miało nas zabrać do bram wejściowych szlaku Santa Cruz. Wejściowych lub wejściowych, jak kto woli. Z reguły w Caraz szlak ten się kończył a zaczynał w Huaraz, ale była to alternatywa, jeśli ktoś wolał stopniowo przyzwyczajać się do ciągle zwiększającej się wysokości na trasie.
- Machu Picchu oznacza = stara góra, Wayna Picchu (ta najwyższa i najbardziej charakterystyczna na wszystkich folderach reklamujących Zaginione Miasto) to młoda góra. Miasto zostało odkryte przez Amerykanina, który zszedł tutejsze góry właśnie w poszukiwaniu Zaginionego Miasta Inków, o którym usłyszał na zjeździe historycznym w Santiago de Chile w 1911 r. Gdy dotarł w te tereny, zamieszkiwane były tylko przez dwie rodziny, które za pieniądze pomogły odnaleźć Machu Picchu porośnięte wtedy dżunglą.
Powtórka z rozrywki: pobudka o świcie, herbata z koki w plastikowym kubku przed „drzwiami” namiotu oraz sycące i przepyszne śniadanie. Tym razem był to omlet z karmelem i bananem. Trochę zaskoczyła nas informacja, że po przejściu pierwszych czterech godzin czwartego dnia trekkingu, po porze lunchowej czeka nas przejęcie bagaży na własne barki. Nikt nie poinformował nas o tym przed rozpoczęciem wycieczki a dużo detali pojawiało się w trakcie jej trwania.
Po „mate de coca”, która znów w gorącym kubku oczekiwała przed naszym namiotem, pysznej jajecznicy i musli ruszyliśmy w drogę w kierunku wioski La Playa. Tam czekał nas lunch i samochód wiozący do kolejnego campu. Dziś miało być łatwo, bo tylko pięć godzin trekkingu. O świcie żegnaliśmy wioskę, w której spało się cudownie. Widok tulących się „zakochanych” koni oraz rozbrykana czarna świnia, jakby żegnająca przybyszy, wywołały uśmiech na wszystkich twarzach.
Wybudziliśmy się po piątej rano. Powtórka z rozrywki, bo na wysokości ciężko spać. Przed namiotem czekały już na nas kubki gorącej orzeźwiającej „mate de coca”. Nieprzytomnie wylegliśmy na zewnątrz, by rozejrzeć się po okolicy. Dookoła rozprzestrzeniał się magiczny i tajemniczy krajobraz wstającego dnia. Z gór schodziła mgła przyjmująca odcienie wschodzącego słońca – kolory różu i fioletu.
Nadszedł oczekiwany przeze mnie i wymarzony dzień naszej wyprawy. Ruszaliśmy właśnie w pięciodniowy trekking uwieńczony odkryciem Machu Picchu. Coś, co śniło mi się nie raz by doświadczyć, właśnie się spełniało.
O świcie w zupełnych ciemnościach obudził nas Pablo świecąc latarką w szczeliny bambusowego domku. Szybko założyliśmy swoje latarki na głowy i dopakowywaliśmy plecaki. Z rana nie było przewidziane śniadanie poza gorącą herbatą z koki, która miała dodać nam sił przed wyczerpującymi godzinami podejścia.