„Australis” delikatnie sunął po spokojnym oceanie. Tylko pejzaże za oknem jakby surowsze, bardziej lodowcowe i… na wodach pojawiła się kra. Popijając rumianek delektowałam się tą ciszą.
Jak to życie potrafi być przewrotne. Jednego dnia byliśmy bezdomnymi z wyboru, targającymi na plecach dwudziestokilowe bagaże, negocjując w każdej możliwej okazji ceny wszystkiego, rezygnując z atrakcji, które wydawały się cenową przesadą, by innego dnia, jak prawdziwi bogacze wkraczać na pokład luksusowego „Australis” opływającego Przylądek Horn.
Autobus do Ushuaia, najdalej wysuniętego na południe świata miasteczka argentyńskiego, odchodził z Punta Arenas tylko w godzinach porannych. Jechał do celu około trzynastu godzin i cena za niego była dość wygórowana. Była to jednak jedna z nielicznych form dostania się do tego zakątka kraju.
Sen pod osłoną namiotu nie należał do najlepszych, najcieplejszych czy najwygodniejszych. Poza silnym wiatrem cały czas mocno padało. Materiałową pokrywą rzucało na wszystkie strony a nad ranem zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze mamy dach nad głową.