Gdzieś wewnętrznie odczuwaliśmy potrzebę zwolnienia, zastanowienia się nad kolejną destynacją, miejscem, które prawdziwie nas zaskoczy, zauroczy i rozkocha.
Szanghaj jest nowoczesnym miastem Chin, o którym słyszał nawet ten, kto w Chinach nie był. Niejedna scena filmowa z udziałem chińskich sztuk walki prawdopodobnie odbyła się w tej zadziwiającej, słynącej z wysokich wieżowców, niezasypiającej metropolii. Jednak dla nas stała się szybkim miejscem przelotowym w kierunku Hong Kongu, gdzie musieliśmy przekroczyć granicę z Chinami ze względu na nieubłaganie zbliżający się kres naszej pierwszej wizy chińskiej.
O świcie, po szybkim śniadaniu, pożegnałam się z zaspanymi domownikami i ruszyłam w samotną wyprawę do grot Longmen. Czułam podekscytowanie wydarzeniem ale i smutek, że będę je przeżywała sama. Z drugiej strony wiedziałam, że 4-latka nie zainteresują skały, w których są jakieś posągi.
Kolejny na drodze był Luoyang, który sam w sobie stanowił kolejne miasto na drodze po Chinach, lecz z niego przede wszystkim można było zorganizować sobie wypady do słynnego Klasztoru Shaolin oraz Grot Longmen wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a będących zachowanym historycznie miejscem kunsztu rzeźbiarskiego przedstawiającym postacie Buddy w skałach.
O tej górze wcześniej nie wiedzieliśmy nic, ale na wiszącym na ścianie hostelu w Pingyao plakacie ze zdjęciami tej góry oko od razu się zatrzymało.
Nastały na szczęście lepsze dni i my również staraliśmy się wierzyć w tego jednorazowego pecha, z którego powoli wychodzimy na prostą. Po deszczowym okresie, do których w Chinach nie przywykliśmy, nastał piękny słoneczny dzień dając nadzieję tej podróży i naszemu pozytywniejszemu nastawieniu. Jednak to podwyższone uczucie troski o dziecko nie malało.
Gdy zamówiony przez pomoc turystyczną ze stacji w Pingyao taksówkarz dowiózł nas za bramy otoczonego murem starego miasta, oniemieliśmy z zachwytu. Widzieliśmy zdjęcia hostelu niczym ze starych filmów chińskich, przedstawiających murowane chatki z jaskrawo czerwonymi dachówkami domów, kamieniste wąskie alejki, bordowe rozświetlone lampiony, soczyste rośliny w donicach porastające ganki.
A właściwie o trzech lisach. Minęły już prawie 2 miesiące naszej podróży i muszę przyznać, że większość czasu w drodze spędziliśmy właśnie w kolei. O ile tą transsyberyjską wiodącą wzdłuż Rosji opisałam, wydaje mi się, całkiem dokładnie a i w Mongolii mieliśmy okazję jechać standardem międzynarodowym i lokalnym (które, tak dla przypomnienia, poza ceną nie różniły się zbytnio jakością od siebie), tak po stronie chińskiej nie ma dla niej konkurencji.
W Dalian nie gonił nas czas, mogliśmy leniwie poddawać się błogości i nic-nie-robieniu. Podobało się, chociaż czasami człowieka ogarniało zdziwienie, że dookoła nic nie wzywa, nie każe biec i zwiedzać, zaliczać kolejnych turystycznych konieczności.
Gdy już znaleźliśmy się w 50-metrowym apartamencie z łazienką, kuchnią i sypialnią połączoną z małą częścią jadalną, z przyjemnością odetchnęliśmy z ulgą.