Czy Buenos w ogóle śpi? To pytanie zadawałam sobie każdego dnia spędzonego w gorącej stolicy Argentyny. Wydawało się, że tu może zdarzyć się wszystko. Nie wiedziałeś, co spotka cię dziś, jutro i za dwa dni. Miało się pewność, że za każdym razem miasto na pewno zadziwi i zaskoczy.
Kontynuacji „autobusowych” nieprzyjemności ciąg dalszy. Zimno, głodno i żadnych przystanków po drodze. Dobrze, że chociaż wiedzieliśmy, gdzie zmierzać w poszukiwaniu noclegu w Buenos Aires.
Wściekła i przemęczona, a do tego bezsilna. Burza emocji nie opuszczała, ale ciężko było je odgarnąć na bok. Linie autobusowe w Argentynie bardzo nas rozczarowały, choć to i tak delikatne słowo dla tego, co przeżywaliśmy. Dwadzieścia godzin w nieustającej klimatyzacji i żadnych dodatkowych ciuchów do nałożenia.
Leche asada (pieczone mleko) jest typowym chilijskim deserem, przygotowywanym głównie na okazję Dnia Niepodległości. Słodki smak i delikatna, „galaretkowata” konsystencja przywodzi na myśl wilgotny sernik zanurzony w karmelowym sosie. Jest to bardziej deser niż ciastko.
Charakterystyczną dla Chile potrawą są empanady (pewnego rodzaju pierogi). Jest to również popularne „danie” całej Ameryki Południowej. To lekkie ciasto wypełnione jest posiekanym lub mielonym mięsem, z dodatkiem gotowanego jajka, oliwki, rodzynek, cebuli i wielu specyficznych przypraw.
Jest typową zupą chilijską a występuje pod paroma postaciami, w zależności od rodzaju używanego mięsa. Najbardziej popularnym jest wołowina, lecz można użyć również wieprzowiny, indyka lub kurczaka.
„Australis” delikatnie sunął po spokojnym oceanie. Tylko pejzaże za oknem jakby surowsze, bardziej lodowcowe i… na wodach pojawiła się kra. Popijając rumianek delektowałam się tą ciszą.
Jak to życie potrafi być przewrotne. Jednego dnia byliśmy bezdomnymi z wyboru, targającymi na plecach dwudziestokilowe bagaże, negocjując w każdej możliwej okazji ceny wszystkiego, rezygnując z atrakcji, które wydawały się cenową przesadą, by innego dnia, jak prawdziwi bogacze wkraczać na pokład luksusowego „Australis” opływającego Przylądek Horn.
Autobus do Ushuaia, najdalej wysuniętego na południe świata miasteczka argentyńskiego, odchodził z Punta Arenas tylko w godzinach porannych. Jechał do celu około trzynastu godzin i cena za niego była dość wygórowana. Była to jednak jedna z nielicznych form dostania się do tego zakątka kraju.
Sen pod osłoną namiotu nie należał do najlepszych, najcieplejszych czy najwygodniejszych. Poza silnym wiatrem cały czas mocno padało. Materiałową pokrywą rzucało na wszystkie strony a nad ranem zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze mamy dach nad głową.