Pełne słońca dni powoli ustępowały miejsca tym bardziej szarym, melancholijnym i chłodniejszym. Mgliste, dżdżyste, lecz wydawałoby się bardziej kolorowe poranki dawały o sobie znać. Senność, niekontrolowane lenistwo, hektolitry wypijanej kawy i oczy prawie codziennie na wpół otwarte przypominały o nadchodzącej jesieni.
Od dżdżystej pogody bolała mnie głowa, a gdy bolała mnie głowa, nie miałam zbyt wiele sił na trekking na wulkan. Lisu za to gnał jak opętany zachwycony kondycją i sprawnością nogi. Początkowo ruszyliśmy w górę miasta. Droga wiodła stromo w górę, niczym w San Francisco.
Wstaliśmy skoro świt i pustymi, ciemnymi ulicami nieustannie rozglądając się wokół swojej osi, szliśmy z przerażeniem przez Puerto Lopez na autobus do Baños. A właściwie tylko w jego stronę, bo niestety ten nie dojeżdżał do celu, tylko w kierunku Quito. Gdzieś przed samą stolicą trzeba było łapać kolejny transport do Baños.
“Wales watching”, czyli wycieczka związana z poszukiwaniem wielorybów, byłaby obecnie nieprzemyślanym wydatkiem z naszej strony. Przez chwilę rozważaliśmy tą możliwość połączoną z opcją pływania na otwartym oceanie z rurką.