Po „mate de coca”, która znów w gorącym kubku oczekiwała przed naszym namiotem, pysznej jajecznicy i musli ruszyliśmy w drogę w kierunku wioski La Playa. Tam czekał nas lunch i samochód wiozący do kolejnego campu. Dziś miało być łatwo, bo tylko pięć godzin trekkingu. O świcie żegnaliśmy wioskę, w której spało się cudownie. Widok tulących się „zakochanych” koni oraz rozbrykana czarna świnia, jakby żegnająca przybyszy, wywołały uśmiech na wszystkich twarzach.
Wybudziliśmy się po piątej rano. Powtórka z rozrywki, bo na wysokości ciężko spać. Przed namiotem czekały już na nas kubki gorącej orzeźwiającej „mate de coca”. Nieprzytomnie wylegliśmy na zewnątrz, by rozejrzeć się po okolicy. Dookoła rozprzestrzeniał się magiczny i tajemniczy krajobraz wstającego dnia. Z gór schodziła mgła przyjmująca odcienie wschodzącego słońca – kolory różu i fioletu.
Nadszedł oczekiwany przeze mnie i wymarzony dzień naszej wyprawy. Ruszaliśmy właśnie w pięciodniowy trekking uwieńczony odkryciem Machu Picchu. Coś, co śniło mi się nie raz by doświadczyć, właśnie się spełniało.
Po minionej nocy okazało się, że wszyscy mieliśmy problemy ze spaniem spowodowane wysokością. Dlatego żywiliśmy nadzieję na odespanie w porannym autobusie do Cuzco. Niestety i tam się nie udało, bo: a to trzęsło, a to długo jechał i jakoś ogólnie nie wychodziło.