Gdy już przygotujemy się do aktywnego czasu, jaki mamy spędzić w Szczyrku, pozostanie nam do wyboru miejsce noclegowe a potem niekończąca się liczba knajpek, barów i restauracji, gdzie fajnie by było dobrze zjeść. W jednym jak i drugim przypadku można polegać na opinii znajomych, bądź znaleźć takowe w sieci. A może lepiej pokierować się własną intuicją?

Kolejnym, na polskiej mapie, naszym częstym punktem wypadowym na krótki weekend, był Szczyrk. Początkowy wybór był dość prozaiczny, gdyż drogę do tej mieściny usytuowanej w Parku Krajobrazowym Beskidu Śląskiego, z Warszawy pokonywaliśmy bardzo szybko trasą katowicką, jak na warunki polskich dróg.

Mimo iż czekała nas pobudka o piątej rano, nie mogliśmy zasnąć. Nieprzytomnie ciągnęliśmy za sobą nogi po powoli rozświetlanych uliczkach w kierunku „mercado”, skąd „colectivo” miało nas zabrać do bram wejściowych szlaku Santa Cruz. Wejściowych lub wejściowych, jak kto woli. Z reguły w Caraz szlak ten się kończył a zaczynał w Huaraz, ale była to alternatywa, jeśli ktoś wolał stopniowo przyzwyczajać się do ciągle zwiększającej się wysokości na trasie.

Opuszczając hostel nie musieliśmy długo czekać przy drodze, by złapać taksówkę. Odnosiłam wrażenie, że w tym mieście jest ich więcej niż ludności. Kierowca należał chyba do niespełnionych rajdowców i dodatkowo, mimo korków, wynalazł taki dojazd do stacji autobusowej, że bezstresowo za chwilę staliśmy na poczekalni do odprawy bagażowej.