Gdy już przygotujemy się do aktywnego czasu, jaki mamy spędzić w Szczyrku, pozostanie nam do wyboru miejsce noclegowe a potem niekończąca się liczba knajpek, barów i restauracji, gdzie fajnie by było dobrze zjeść. W jednym jak i drugim przypadku można polegać na opinii znajomych, bądź znaleźć takowe w sieci. A może lepiej pokierować się własną intuicją?
Kolejnym, na polskiej mapie, naszym częstym punktem wypadowym na krótki weekend, był Szczyrk. Początkowy wybór był dość prozaiczny, gdyż drogę do tej mieściny usytuowanej w Parku Krajobrazowym Beskidu Śląskiego, z Warszawy pokonywaliśmy bardzo szybko trasą katowicką, jak na warunki polskich dróg.
Mimo iż czekała nas pobudka o piątej rano, nie mogliśmy zasnąć. Nieprzytomnie ciągnęliśmy za sobą nogi po powoli rozświetlanych uliczkach w kierunku „mercado”, skąd „colectivo” miało nas zabrać do bram wejściowych szlaku Santa Cruz. Wejściowych lub wejściowych, jak kto woli. Z reguły w Caraz szlak ten się kończył a zaczynał w Huaraz, ale była to alternatywa, jeśli ktoś wolał stopniowo przyzwyczajać się do ciągle zwiększającej się wysokości na trasie.
Opuszczając hostel nie musieliśmy długo czekać przy drodze, by złapać taksówkę. Odnosiłam wrażenie, że w tym mieście jest ich więcej niż ludności. Kierowca należał chyba do niespełnionych rajdowców i dodatkowo, mimo korków, wynalazł taki dojazd do stacji autobusowej, że bezstresowo za chwilę staliśmy na poczekalni do odprawy bagażowej.
Zapraszam na I konkurs „Lisów..”! Na facebook’u debiutujemy od paru miesięcy, z nowym blogiem od roku, ale podróżujemy bliżej i dalej odkąd sięgamy pamięcią. Chcemy zarażać naszą energią i przygodą innych. Do wygrania zestaw KSIĄŻKA + HERBATA (z przepisem na nepalską herbatę „masala tea”). Wygrany wybiera zestaw, który go interesuje.
Dziś nie spałam dobrze. Jedyną nieciekawą rzeczą w obecnym “refugio” było łóżko – niczym siano pokryte jedynie prześcieradłem, twarde a w miejscu gdzie leżałam, trafiłam dodatkowo na dziurę.
Surfingowcem każdy być może… Czy oby na pewno?:)
Wracając zeszłego wieczoru do hostelu spotkaliśmy grupę surfingowców, z którymi Darek wdał się w rozmowę a po chwili był już z nimi umówiony na następny dzień na wspólne poszukiwanie fal w Zatoce Paracas. Przed piątą rano poszłam nieprzytomnie do jego pokoju obudzić go, bo nie miał zegarka. Sami wstaliśmy po siódmej na wykupione na dzisiejszy dzień wyprawy – łodzią na Islas Ballestas i zwiedzanie Parku Narodowego Paracas.
Dosłownie, bo z aligatorami, kajmanami i innymi dżunglowymi zwierzakami właśnie przyszło nam się rozstawać na dłużej.
Poranek miał być obiecujący. Czekało nas „polowanie wzrokiem” za kajmanami, które o świcie były wyjątkowo aktywne. Niestety nasz „staff” (obsługa wycieczki) zaspał i nim wygrzebaliśmy się w błocie do łódki, minęło sporo czasu. Jak się później okazało machos chyba to przewidzieli, bo nad Manu wisiała gęsta, jak mleczna zupa, mgła utrudniająca wypatrywanie czegokolwiek. Mimo to widok był nieziemski i tajemniczy.