Gdy nasze dziecko podrosło na tyle, by choć w niewielkim stopniu pokonywać krótkie piesze odcinki na własnych nogach bądź z naszą pomocą (a właściwie wsparciem naszych pleców), postanowiliśmy w większym gronie ponownie odwiedzić ukochane niewysokie góry.
Być w Bieszczadach i nie wejść na ich najwyższy szczyt? Niewybaczalne:).
A teraz trochę o bardziej standardowej formie „zwiedzania” Bieszczad. Większość tras znamy już prawie na pamięć, a mimo to ciągnie nas tam jak nigdzie. I zawsze uda się zrobić jakieś ciekawe, niepowtarzalne zdjęcie.
Moja miłość do gór zaczęła się dość późno, bo w ten nieodgadniony przeze mnie świat wciągnął mnie Krzysiek, gdy tylko się poznaliśmy. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak to się stało, że do tej pory podświadomie nic nie pchało mnie w te wyższe partie ziemi. Ale gdy już miałam okazję wciągnąć się w tę przygodę, wracałam do niej tak często, jak to tylko było możliwe.
Blok czekoladowy kojarzy mi się przede wszystkim z czasami PRL-u, gdy w słodyczach nie można było zbytnio przebierać a własnoręcznie przygotowane prostokątne ciasto smakowało jak marzenie. Tego nie da się zapomnieć.
Innymi słowy - pyszna, gęsta i sycąca rosyjska mięsna zupa słono-kwaśna. Obowiązkowe danie do spróbowania u wschodniego sąsiada. Serwowana jest również w wersji rybnej.
czyli kotlety z różnego rodzaju mięsa serwowane w kanapce (coś na styl hamburgerów).
O Peru marzyłam od zawsze. Skąd to się wzięło w mojej głowie, że tak podświadomie pchało w te rejony świata? Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, choć z każdym krokiem pokonywanym na tej tajemniczej ziemi, każda cząstka mego ciała czuła się jak u siebie, jakby kiedyś już tu była i odwiedzała stare zakamarki.
Mimo późnego popołudnia żar lał się z nieba a okolica wydawała się być wtopiona w rozpaloną piaskowo-ceglastą pustynię.
Jednym słowem - popularne mongolskie pierożki (właściwie słów wyszło trzy:).
Sen na wysokości nie należał do najlepszych przeżyć. Mimo zmęczenia oczy nie chciały się zamykać. Znowu pojawił się tępy ból głowy w akompaniamencie zatkanego nosa. Wszystko utrudniało wypoczynek a ja odnosiłam wrażenie, że po pięciu minutach od podjętych prób zaśnięcia, urządzono nam pobudkę.
Otępiający ból głowy. Znowu. Stawałam się coraz bardziej osłabiona i zakatarzona. Nie wiedziałam, czy to przeziębienie, czy w nosie nadal zalega mi ten wszechobecny boliwijski kurz. Nie przyszło mi do głowy, że tak mogłaby objawiać się „choroba wysokościowa”.
Z niewzruszoną miną, odziany w służbowy mundur, celnik przeglądał starą księgę z istotnymi informacjami. Szukał na liście Polski i danych wizowych. Palec zatrzymał się na wybrudzonym papierze, zamknął z hukiem informator, i równie bezemocjonalnie wbił nam w paszportach wizę. O nic nie pytał.