Z każdą chwilą, jak grzyby po deszczu, w większych miastach wyrastają przeróżne interaktywne atrakcje dla żądnych odmiennych emocji, często pełnych adrenaliny i dostarczających nowych bodźców. By wyjść naprzeciw zmianom, jakie dotykają otoczenie i zaspokoić najbardziej wymagające oczekiwania, powstają miejsca, których zadaniem jest oderwanie nas od rzeczywistości. Możemy w nich zweryfikować swoją moc intelektualną, fizyczną, czy emocjonalną. Gotowi na podróż w nieznane?!:)
… jak śpiewał Adolf Dymsza. I w niej przyszło nam mieszkać. Tu lub w okolicach osiadły nasze rodziny i właśnie w stolicy przyszło nam stworzyć naszą własną rodzinę. Tu się uczyliśmy, wchodziliśmy w dorosły świat, zaczęliśmy dostrzegać ogromne zmiany, które w biznesowym mieście widoczne były na każdym kroku. Przyjezdnego z innego miasta czy wsi Warszawa może przerażać, przytłaczać i onieśmielać. My widzimy jej ogromne plusy, wielkie szanse i doceniamy za możliwości, które nam stworzyła.
Gdy po powrocie z Ameryki Południowej planowałam ugościć rodzinę daniami z krajów, które podczas tej podróży odwiedziliśmy, miałam spory problem z podaniem typowego dania ekwadorskiego. Większość takich samym potraw latynoskich serwowanych jest na całym kontynencie i ciężko określić stuprocentowo, gdzie danie zostało de facto stworzone. Wtedy ściągnęłam pomysł na coś słodkiego, co zaproponowała mi Polka, która związała się z Ekwadorem poprzez swego męża a przepis otrzymała od swojej teściowej.
Dziś czekał nas szlak w miejsce upiorne, straszne, o którym mówią legendy, ale i historia jego jest bardzo bogata. To Łysa Góra będąca drugim najwyższym szczytem pasma Łysogór Gór Świętokrzyskich, zwana również Łyśćcem lub Św. Krzyżem.
Poranek był czasem wielu przemyśleń. Dziś mijały trzy miesiące podróży. I o ile dwa tygodnie wcześniej dotknął nas kryzys emocjonalny spowodowany chęcią powrotu do bliskich, tak teraz z radością patrzyliśmy na przyszłość, a zarazem smutkiem, że lada chwila ta przygoda dobiegnie końca.
- Jak nazywa się indiański wódz? – Zapytał któregoś dnia Krzysiek.
- Nie wiem. – Odparłam od niechcenia.
- Kacyk:).
Pełne słońca dni powoli ustępowały miejsca tym bardziej szarym, melancholijnym i chłodniejszym. Mgliste, dżdżyste, lecz wydawałoby się bardziej kolorowe poranki dawały o sobie znać. Senność, niekontrolowane lenistwo, hektolitry wypijanej kawy i oczy prawie codziennie na wpół otwarte przypominały o nadchodzącej jesieni.
Od dżdżystej pogody bolała mnie głowa, a gdy bolała mnie głowa, nie miałam zbyt wiele sił na trekking na wulkan. Lisu za to gnał jak opętany zachwycony kondycją i sprawnością nogi. Początkowo ruszyliśmy w górę miasta. Droga wiodła stromo w górę, niczym w San Francisco.
Wstaliśmy skoro świt i pustymi, ciemnymi ulicami nieustannie rozglądając się wokół swojej osi, szliśmy z przerażeniem przez Puerto Lopez na autobus do Baños. A właściwie tylko w jego stronę, bo niestety ten nie dojeżdżał do celu, tylko w kierunku Quito. Gdzieś przed samą stolicą trzeba było łapać kolejny transport do Baños.
“Wales watching”, czyli wycieczka związana z poszukiwaniem wielorybów, byłaby obecnie nieprzemyślanym wydatkiem z naszej strony. Przez chwilę rozważaliśmy tą możliwość połączoną z opcją pływania na otwartym oceanie z rurką.
Gdy po czterech godzinach podróży dwoma autobusami dotarliśmy do Puerto Lopez, a tym samym na Półwysep Parku Narodowego Machalilla, miasteczko nie wydało nam się jakoś szczególnie interesujące. Nazwa "park" w wydaniu egzotycznym kojarzyła się z terenem opływającym w soczystości zieleni, lazuru oceanu i gorąca latynoskich rytmów na każdym kroku.
O poranku staliśmy już gdzieś przed cukiernią w oczekiwaniu na autobus do Chimbote. Z nami czekała też grupka tubylców. Zasiedliśmy na bagażach. Ja kontynuowałam wyszywanie mojego kolibra (skrawek płótna ze szkicem, zakupiony na tutejszym bazarze.
Lubicie żeberka a polskie przepisy na to mięso w sosie własnym już się wam trochę przejadły? Proponuję chińską alternatywę i potraktowanie wieprzowiny na słodko ze szczyptą oryginalnej pikanterii. Testowałam i muszę stwierdzić, że są rewelacyjne. Myślę, że te smaki idealnie pasowałyby również do delikatnej kaczki.
Gdy przed oczyma wylądowało mi mięso mielone w akompaniamencie selera naciowego, pomyślałam, że to świetne połączenie i że w mojej kuchni warzywo to wykorzystywałam głównie do przygotowania zupy. Proste, jednogarnkowe danie jest idealnym rozwiązaniem, gdy nie mamy zbyt wiele czasu na przygotowanie dobrego i oryginalnego obiadu. W Chinach jadłam to danie jako samodzielną potrawę, domawiając oddzielnie według gustu: ryż gotowany czy wszelakie warzywa.