Nadszedł oczekiwany przeze mnie i wymarzony dzień naszej wyprawy. Ruszaliśmy właśnie w pięciodniowy trekking uwieńczony odkryciem Machu Picchu. Coś, co śniło mi się nie raz by doświadczyć, właśnie się spełniało.
Po minionej nocy okazało się, że wszyscy mieliśmy problemy ze spaniem spowodowane wysokością. Dlatego żywiliśmy nadzieję na odespanie w porannym autobusie do Cuzco. Niestety i tam się nie udało, bo: a to trzęsło, a to długo jechał i jakoś ogólnie nie wychodziło.
To nie jest mój faworyt ze względu na moje preferencje kulinarno-smakowe. Właściwie mam dystans do dań serwowanych na słodko. Ale jest to również bardzo popularne danie azjatyckie (i macie też możliwość skosztowania go w każdym "chińczyku"), to proponuje wypróbować go we własnej kuchni, tym bardziej jeśli akurat Wam te smaki odpowiadają.
W oryginalnym i najczęściej spotykanym przepisie, serwowana z zieloną papryką. Ja miałam w domu akurat żółtą, więc na talerzu pojawiła się właśnie taka. Poza tym standardowo danie serwowane jest z ryżem, a ja skorzystałam z makaronu ryżowego. Plusem tego wyboru było szybsze przygotowanie (bo wystarczyło zalać wrzątkiem makaron i odczekać 5 minut).
O poranku udaliśmy się na mały rekonesans Puno. Wieczorem miał dojechać do nas z Limy, poznany przez hospitalityclub, Arturo. Przez długi czas przedwyjazdowej korespondencji to właśnie on poszerzał moją wiedzę na temat Peru jak i praktykował ze mną język hiszpański a to mailowo a to telefonicznie. Podobnie jak z Claudią, znaliśmy się tylko wirtualnie, chociaż w jego przypadku zyskałam kontakty do polskich znajomych, którzy mogli potwierdzić, z kim mam do czynienia.
Czekał nas dzień pełen emocji i podwyższone ciśnienie. Na terminalu autobusowym w Arequipie udaliśmy się do agencji, w której wcześniej zakupiliśmy bilety. Liczyliśmy dowiedzieć się, z którego sektoru odchodzi nasz autobus i „okleić” bagaże (jak przy odprawie na lotnisku). Zrobiło się jakieś zamieszanie, którego nie mogliśmy do końca pojąć. Kobieta sprzedająca nam wcześniej bilety, zawołała inną kobietę, a tamta znowu zabierając nasze bilety gdzieś zniknęła..
O świcie w zupełnych ciemnościach obudził nas Pablo świecąc latarką w szczeliny bambusowego domku. Szybko założyliśmy swoje latarki na głowy i dopakowywaliśmy plecaki. Z rana nie było przewidziane śniadanie poza gorącą herbatą z koki, która miała dodać nam sił przed wyczerpującymi godzinami podejścia.
Obudziliśmy się jak w zegarku. Po porannej higienie udaliśmy się pod wiatę, gdzie czekało już na nas aromatyczne i energetyczne śniadanie. Nasz przewodnik, zaledwie dwudziestojednoletni, nie był kucharzem, ale dania pomagała przyrządzać mu właścicielka tego „hostelu”. Na talerzach czekały na nas omlety z bananem i dżemem, a do tego kawa z mlekiem.
Zasnęłam w lekko trzęsącym się pojeździe, nim zdążył ruszyć. Za oknem nadal roztaczał się zmrok. Przymusowego wybudzenia mój organizm chyba nawet nie zarejestrował. O świcie do hostelu zapukał oczekiwany i spóźniony przewodnik Pablo. Lunatycznie dreptaliśmy za drobnej postury młodzieńcem wprowadzającym nas do autobusu przepełnionego turystami.
(danie dla 2 osób)
Niby proste połączenie a nie spodziewałam się, że ten mix na tyle przypadnie mi do gustu, że co parę dni będę zamawiała to danie na obiad. Po raz pierwszy tego typu danie skosztowałam w Chinach, ale na szczęście można je znaleźć w menu również innych krajów azjatyckich. Po powrocie do kraju nerkowce stały się podstawowym produktem w mojej kuchni.
Jeśli spytasz przeciętnego Kowalskiego, jakie danie kojarzy mu się z kuchnią wietnamską, zdecydowanie odpowie, że sajgonki. Nie musiał nawet nigdy postawić swej nogi na ziemi tego egzotycznego i ciekawego kraju, by znać to danie. Swego czasu w Polsce mieliśmy wysyp wietnamskich bud serwujących różne dania a i sajgonki wiodły tam prym.
… okaże się, że podczas krótkiego, wyczekiwanego urlopu pogoda będzie utrudniała aktywny wypoczynek lub będziemy mieli chęć zadośćuczynić uczestnictwu dziecka w górskich wyprawach serwując typowo dziecięcą niespodziankę? Pozostaje nam dowiedzieć się wcześniej, jakie mamy alternatywy dla braku pogody i czy w okolicy znajdują się ciekawe atrakcje dla dzieci.
Zdecydowanie dużym przedsięwzięciem było wdrapanie się na Wielką i Małą Rawkę z dzieciakami niesionymi w 80% w nosidłach. Teraz zastanawiam się, jak tego dokonaliśmy. Czasami, przy kiepskim dniu, człowiek sam ledwo dociera na te szczyty.