Nadszedł oczekiwany przeze mnie i wymarzony dzień naszej wyprawy. Ruszaliśmy właśnie w pięciodniowy trekking uwieńczony odkryciem Machu Picchu. Coś, co śniło mi się nie raz by doświadczyć, właśnie się spełniało.

kwiecień 30, 2009

W KRÓLESTWIE CUZCO

Po minionej nocy okazało się, że wszyscy mieliśmy problemy ze spaniem spowodowane wysokością. Dlatego żywiliśmy nadzieję na odespanie w porannym autobusie do Cuzco. Niestety i tam się nie udało, bo: a to trzęsło, a to długo jechał i jakoś ogólnie nie wychodziło.

czyli tajska zupa kokosowa.

To nie jest mój faworyt ze względu na moje preferencje kulinarno-smakowe. Właściwie mam dystans do dań serwowanych na słodko. Ale jest to również bardzo popularne danie azjatyckie (i macie też możliwość skosztowania go w każdym "chińczyku"), to proponuje wypróbować go we własnej kuchni, tym bardziej jeśli akurat Wam te smaki odpowiadają.

W oryginalnym i najczęściej spotykanym przepisie, serwowana z zieloną papryką. Ja miałam w domu akurat żółtą, więc na talerzu pojawiła się właśnie taka. Poza tym standardowo danie serwowane jest z ryżem, a ja skorzystałam z makaronu ryżowego. Plusem tego wyboru było szybsze przygotowanie (bo wystarczyło zalać wrzątkiem makaron i odczekać 5 minut).

O poranku udaliśmy się na mały rekonesans Puno. Wieczorem miał dojechać do nas z Limy, poznany przez hospitalityclub, Arturo. Przez długi czas przedwyjazdowej korespondencji to właśnie on poszerzał moją wiedzę na temat Peru jak i praktykował ze mną język hiszpański a to mailowo a to telefonicznie. Podobnie jak z Claudią, znaliśmy się tylko wirtualnie, chociaż w jego przypadku zyskałam kontakty do polskich znajomych, którzy mogli potwierdzić, z kim mam do czynienia.

Czekał nas dzień pełen emocji i podwyższone ciśnienie. Na terminalu autobusowym w Arequipie udaliśmy się do agencji, w której wcześniej zakupiliśmy bilety. Liczyliśmy dowiedzieć się, z którego sektoru odchodzi nasz autobus i „okleić” bagaże (jak przy odprawie na lotnisku). Zrobiło się jakieś zamieszanie, którego nie mogliśmy do końca pojąć. Kobieta sprzedająca nam wcześniej bilety, zawołała inną kobietę, a tamta znowu zabierając nasze bilety gdzieś zniknęła..

O świcie w zupełnych ciemnościach obudził nas Pablo świecąc latarką w szczeliny bambusowego domku. Szybko założyliśmy swoje latarki na głowy i dopakowywaliśmy plecaki. Z rana nie było przewidziane śniadanie poza gorącą herbatą z koki, która miała dodać nam sił przed wyczerpującymi godzinami podejścia.

Obudziliśmy się jak w zegarku. Po porannej higienie udaliśmy się pod wiatę, gdzie czekało już na nas aromatyczne i energetyczne śniadanie. Nasz przewodnik, zaledwie dwudziestojednoletni, nie był kucharzem, ale dania pomagała przyrządzać mu właścicielka tego „hostelu”. Na talerzach czekały na nas omlety z bananem i dżemem, a do tego kawa z mlekiem.

Zasnęłam w lekko trzęsącym się pojeździe, nim zdążył ruszyć. Za oknem nadal roztaczał się zmrok. Przymusowego wybudzenia mój organizm chyba nawet nie zarejestrował. O świcie do hostelu zapukał oczekiwany i spóźniony przewodnik Pablo. Lunatycznie dreptaliśmy za drobnej postury młodzieńcem wprowadzającym nas do autobusu przepełnionego turystami.