Parę dni temu, siedząc na balkonie klimatycznej knajpki starej dzielnicy Hanoi, natknęłam się na ciekawy artykuł o tym mieście. Podsumowywał to, co powinno się w nim zobaczyć, mimowolnie dostrzec typowe ludzkie zachowania, codzienne rytuały, zachęcał do chłonięcia zapachów, smaków i kolorów tej nietypowej stolicy.
Można by pomyśleć, że z Halong Bay nigdy się nie ruszymy. Faktycznie to egzotyczne miejsce bardzo nam przypasowało, ale też na spokojnie chcieliśmy się zastanowić nad kolejną destynacją gdzieś na południu Wietnamu.
Z utęsknieniem czekaliśmy "bezludnej wyspy". Oczywiście nie była ona taka zupełnie bez człowieka, bo w końcu postawili tam resort i ściągali turystów żądnych poczucia natury, odosobnienia, wokół otaczającego plażę morza i pięknych pionowych gór Halong Bay.
Podzieliliśmy się z Lisem opieką nad Julem. Jednego dnia spędzałam z małym dzień w Cat Ba, podczas gdy Lisu miał odbywać jednodniowy rejs po zatoce połączony z paroma atrakcjami...
Gdy statek dobił do dzikiej części Cat Ba, rozpadało się na dobre. Wszystko wydawało się takie dzikie, piękne, egzotyczne, jakbyśmy dotarli do wyspy niczym z "Parku Jurajskiego".
Cała podróż między Chinami a Wietnamem, od punktu A do B, zajęła nam prawie 12 godzin. Najpierw regularny rejsowy autobus chiński podwiózł w zawrotnym tempie do granicy, skąd malaksy przewoziły nas już pomiędzy granicami a potem do kolejnego transportu już po stronie Wietnamu.
Nie widzieliśmy całych Chin. Jest to oczywiście niemożliwe, nawet jak byśmy zacisnęli pasa i przez 2 miesiące próbowali jak najszybciej pokonywać niekończące się odległości, by dojechać do kolejnej atrakcji, wsiadać w kolejny szybki (a tym samym drogi) pociąg i pędzić dalej. W naszym planie niewiele było przyrody, natury, którą tak bardzo kochamy. Jednak wszystko było nowe, zaskakujące, ogromne i nowoczesne. Nie takich Chin się spodziewaliśmy.
Nanning znalazło się na naszej mapie podróży po Chinach tylko dlatego, że poza stolicą, miasto posiadało najwięcej biur pośrednictwa wizowego w związku z przekroczeniem granicy z Wietnamem. Wiedzieliśmy jedynie, że jest to kolejne ogromne kilkunastomilionowe miasto a na miejscu reklamowało się bardzo urozmaiconą kuchnią chińską.
Gdzieś wewnętrznie odczuwaliśmy potrzebę zwolnienia, zastanowienia się nad kolejną destynacją, miejscem, które prawdziwie nas zaskoczy, zauroczy i rozkocha.
Szanghaj jest nowoczesnym miastem Chin, o którym słyszał nawet ten, kto w Chinach nie był. Niejedna scena filmowa z udziałem chińskich sztuk walki prawdopodobnie odbyła się w tej zadziwiającej, słynącej z wysokich wieżowców, niezasypiającej metropolii. Jednak dla nas stała się szybkim miejscem przelotowym w kierunku Hong Kongu, gdzie musieliśmy przekroczyć granicę z Chinami ze względu na nieubłaganie zbliżający się kres naszej pierwszej wizy chińskiej.
O świcie, po szybkim śniadaniu, pożegnałam się z zaspanymi domownikami i ruszyłam w samotną wyprawę do grot Longmen. Czułam podekscytowanie wydarzeniem ale i smutek, że będę je przeżywała sama. Z drugiej strony wiedziałam, że 4-latka nie zainteresują skały, w których są jakieś posągi.
Kolejny na drodze był Luoyang, który sam w sobie stanowił kolejne miasto na drodze po Chinach, lecz z niego przede wszystkim można było zorganizować sobie wypady do słynnego Klasztoru Shaolin oraz Grot Longmen wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a będących zachowanym historycznie miejscem kunsztu rzeźbiarskiego przedstawiającym postacie Buddy w skałach.
O tej górze wcześniej nie wiedzieliśmy nic, ale na wiszącym na ścianie hostelu w Pingyao plakacie ze zdjęciami tej góry oko od razu się zatrzymało.
Nastały na szczęście lepsze dni i my również staraliśmy się wierzyć w tego jednorazowego pecha, z którego powoli wychodzimy na prostą. Po deszczowym okresie, do których w Chinach nie przywykliśmy, nastał piękny słoneczny dzień dając nadzieję tej podróży i naszemu pozytywniejszemu nastawieniu. Jednak to podwyższone uczucie troski o dziecko nie malało.