Dwie doby do zakończenia ekspedycji po Mongolii. Odczuwamy lekkie zmęczenie, chęć wykąpania się w ciepłej bieżącej wodzie i skorzystania z toalety ze zwykłym sedesem w ładnych, nieśmierdzących warunkach.
Na Gobi czekały nas jeszcze dwie noce w kolejnym miejscu, a potem pojedyncze dwie w drodze do Czojr, gdzie mieliśmy pożegnać się z Biembą.
Na horyzoncie pojawiły się wysokie ciemne góry, a o okno uderzały coraz większe krople deszczu. Na pustyni pada? Ależ tak. Czerwiec w Mongolii był najbardziej deszczowym miesiącem w roku, więc czemu miałby ominąć Gobi?
Kolejne pustynne tereny. Kto by pomyślał, że pustynią nie musi być jedynie piaskowa przestrzeń bez żadnej oznaki życia.
Biemba mieszkał w małym miasteczku. Właściwie w naszych realiach nazwało by się to wioską, ale zakładając, że większość narodu śpi w namiotach jako samodzielne rodziny bądź co najwyżej w bliskiej odległości od kolejnej jurty sąsiadów, to można to miejsce było nazwać miasteczkiem.
Tak się pozytywnie złożyło, że w czasie, który przeznaczyliśmy na zwiedzanie Mongolii, przypadało najważniejsze święto narodowe zwane Naadam. W Ułan Bator przypadało na 11-12 lipca, co niosło za sobą ryzyko nieznalezienia noclegu bez wcześniejszej rezerwacji.
Z przyjemnością opuszczaliśmy pierwszą jurtę w oczekiwaniu na kolejne krajobrazy oraz z nadzieją na prywatną jurtę. Mongołka po obrobieniu kóz, wzięła się za córeczkę kąpiąc ją w misce na dworze i puściła gołą samopas mimo porannego chłodu.
Nasz prywatny kierowca Biemba czekał już na nas w hostelu Golden Gobi od godziny siódmej rano. Pił kolejną kawę. Podobno dieta Mongołów składa się głównie z dwóch posiłków: obiadu wczesnym popołudniem oraz późną kolacją. Na śniadania jedzą niewiele lub wcale. On był tego przykładem.
Tego, czego potrzebowaliśmy teraz najbardziej to: dobre nieszybkie jedzenie, czas nie w drodze (a przynajmniej nie w pociągu), zapoznanie się z realiami nowego kraju oraz na spokojnie zaplanowanie kolejnych tygodni w podróży.
Po siedmiogodzinnej podróży autobusem z Wyspy Kuźniar wylądowaliśmy spoceni, zmęczeni i brudni z powrotem w Irkucku, skąd następnego dnia planowaliśmy kolejny etap naszej podróży. Pociąg do Ułan Bator w Mongolii.
To, co lubię w podróżowaniu, wakacjach czy nawet krótkim weekendowym wypadzie poza stolicę, to poza atrakcjami miejsca, również wynajdywać informacje o regionalnych przysmakach czy rękodziełach, z którego miasto czy w ogóle kraj słynie.
Poznane tuż przed wyjazdem z Listwianki wcześniejsze domowniczki naszego hostelu – młode Dunki – stwierdziły, że to, co w Rosji zrobiło na nich największe wrażenie to: St. Petersburg oraz Wyspa Olchon.
Z Irkucka jak poparzeni pędziliśmy nad Bajkał. Dość kolei, dość goszczenia w posocjalistycznych betonowych miastach po dwa dni, czas nad jezioro, na łono natury! Irkuck powitał nas gorącem a strażnik dworca kolejowego wskazał jak dojechać na autobus do Listwianki – jednej z bardziej znanych przybrzeżnych wiosek Bajkału.
Krzysiek o kolei marzył od zawsze, bo kojarzyła mu się z niepowtarzalnym klimatem rozmów, biesiady i muzyki rosyjskiej zakrapianej wódką i dobrą zabawą. Towarzyszyły temu nietypowe widoki zza okna wolno sunącego się pociągu, którego celem zawsze była bezkresna Syberia.