Gdy zamówiony przez pomoc turystyczną ze stacji w Pingyao taksówkarz dowiózł nas za bramy otoczonego murem starego miasta, oniemieliśmy z zachwytu. Widzieliśmy zdjęcia hostelu niczym ze starych filmów chińskich, przedstawiających murowane chatki z jaskrawo czerwonymi dachówkami domów, kamieniste wąskie alejki, bordowe rozświetlone lampiony, soczyste rośliny w donicach porastające ganki.

A właściwie o trzech lisach. Minęły już prawie 2 miesiące naszej podróży i muszę przyznać, że większość czasu w drodze spędziliśmy właśnie w kolei. O ile tą transsyberyjską wiodącą wzdłuż Rosji opisałam, wydaje mi się, całkiem dokładnie a i w Mongolii mieliśmy okazję jechać standardem międzynarodowym i lokalnym (które, tak dla przypomnienia, poza ceną nie różniły się zbytnio jakością od siebie), tak po stronie chińskiej nie ma dla niej konkurencji.

W Dalian nie gonił nas czas, mogliśmy leniwie poddawać się błogości i nic-nie-robieniu. Podobało się, chociaż czasami człowieka ogarniało zdziwienie, że dookoła nic nie wzywa, nie każe biec i zwiedzać, zaliczać kolejnych turystycznych konieczności.

Gdy już znaleźliśmy się w 50-metrowym apartamencie z łazienką, kuchnią i sypialnią połączoną z małą częścią jadalną, z przyjemnością odetchnęliśmy z ulgą. 

Na pożegnanie z Pekinem, tuż przed pierwszą podróżą szybką koleją chińską, zafundowaliśmy sobie atrakcję pod postacią kaczki po pekińsku. W Chinach kaczkę można zjeść w wielu miejscach, ale nigdzie (podobno) nie smakuje tak dobrze jak w stolicy.

Godziny w Pekinie uciekały a ilość atrakcji nie malała. Kolejny w planie był Summer Palace (Pałac Letni). Podniosłam sobie poprzeczkę i na cały dzień postanowiłam wybrać się tam sama z Julem.

Czyż nie mówiłam, że nabraliśmy tempa podróżniczego? Otóż dzień kolejny to podbój Chińskiego Muru i jednej z jego odnóg leżącej blisko Pekinu.

Mimo że po trzech dniach spokoju, oswajania się z ruchliwym i kolorowym miastem oraz jednym dniu w Zakazanym Mieście, Krzysiek uznał, że chciałby się odprężyć w jakimś typowym parku Pekinu.

Do perfekcji opanowałam przygotowywanie posiłków dla Julka. Coś z niczego. I mimo, że bazowałam na ogólnodostępnych chińskich produktach lub lekko zachodnich z drogiego pobliskiego europejskiego sklepiku zajadał się tym, jak w Polsce. Pokrzepiło nas to i ze zdwojoną siłą rozpoczęliśmy dzień od najważniejszych atrakcji stolicy Chin.

W nocy dopadła Julka "zemsta Faraona". Nawet bidul nie zdawał sobie z tego sprawy, że wymioty i biegunka mogą być oznaką jakiegoś niefajnego ataku bakterii.